Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Niebo w płomieniach - Blog Jarosława Makowskiego Niebo w płomieniach - Blog Jarosława Makowskiego Niebo w płomieniach - Blog Jarosława Makowskiego

18.04.2014
piątek

Kiedy dokonuje się zmartwychwstanie?

18 kwietnia 2014, piątek,

Pamięci Krzysztofa Michalskiego

Kiedy praktykujemy miłość nieprzyjaciół, gdy stajemy po stronie cierpiących i wykluczonych, zawsze wtedy doświadczamy zmartwychwstania

Bóg umarł! Nie, to nie jest tylko pusty slogan. To fakt. Sytuacja, z której wieje groza i rozpacz. Bóg umiera? Czy to naturalne? Czy możliwe? Ten, który ma być nieśmiertelny. Ten, który ma być wszechmocny. A jednak ten właśnie, Bóg, który jest Miłością, godzi się ze stoickim spokojem, a może trwogą, by jego Syn, Jezus z Nazaretu, który stał się człowiekiem, został bestialsko zamordowany.

Przez kogo? Zwykłych ludzi. Słabych i grzesznych. Płochliwych i zalęknionych. Ale w grupie, czujących siłę, gotowych mordować nawet Boga. Sprawiedliwego mędrca, w którym nie znaleziono winy. Roztropnego nauczyciela, który mówił, że nie ma życia bez odpowiedzialności. Przyzwoitego człowieka, który szedł przez świat, czyniąc dobro. Wiemy jednak doskonale, zwłaszcza po mrocznych przygodach człowieka w XX wieku, że nieludzkość jest w ludzkiej mocy.

Jednak w tej śmierci Jezusa jest coś niepokojącego. Nie, nie to, że była okrutna. I nie to, że miała charakter publicznego horroru. Ale to, że – choć ją co roku wspominamy – gładko przechodzimy nad nią do porządku dziennego. Dlaczego?

Pobożna teologia gotowa jest odebrać grozę każdej śmierci. Czyż, myśli pobożny chrześcijanin wytresowany na katechezie, Jezus nie był „dogadany” z Ojcem, że to biczowanie, ta droga krzyżowa, to ukrzyżowanie są tylko na niby? Że to taki „krótki film o zabijaniu”, po którym przecież przyjdzie jakże odprężający moment, czyli „długi film o zmartwychwstaniu”?

Bzdura! Przesłanie Jezusa to nie bajka o królestwie szczęśliwości. To żadna opowieść o krainie wiecznej radości. To opowieść o horrorze śmierci. Dramacie rozpaczy. Bólu samotności. To w końcu lęk przed rozpadem życia, które nie tylko chcemy przeżywać w spokoju, ale się nim rozkoszować. Rację miał więc Martin Heidegger, gdy pisał: „Życie chrześcijańskie nie zna bezpieczeństwa”. Co znaczy: „Bozia nie da cukierka, gdy kielich goryczy się przeleje”.

I ten krzyk Jezusa na krzyżu: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił” (zob. Mk 15, 34), to żadna chwytliwa fraza. Przeciwnie: to wołanie człowieka przerażonego i cierpiącego. Pisał o tej śmierci przenikliwie rodzimy filozof Krzysztof Michalski, któremu śmierć odebrała zbyt wcześnie możliwość dzielenia się swoją mądrością: „Tu nie umiera ktoś (Jezus), kto wie, co go czeka po śmierci. Chrystus nie wybiera się, dobrze przygotowany, w daleką, ale ciekawą podróż. Nie wydaje z krzyża ostatnich poleceń (»Mario Magdaleno, byłbym zapomniał…«). Umiera w głębokim niepokoju, w budzącej trwogę niepewności, w poczuciu samotności i opuszczenia przez wszystkich, także przez swego Boga i Ojca”.

Jezus w tej opowieści jest na podobieństwo kogoś, kto jest nieprzygotowany na spotkanie ze śmiercią. I w tym sensie jest podobny do każdego z nas. Wszystko, czego się nauczył, okazało się nieprzydatne, nie rozjaśnia spowitej mrokiem przyszłości, nie daje ukojenia. Pociechy. Czego boi się Jezus? Nicości. Jak to, on, Syn Boga? Tak, gdyż śmierć to unicestwienie wszelkich warunków zrozumienia, dzięki którym możemy cokolwiek pomyśleć czy uporządkować swoje życie.

Tyle że życia, w które wpisana jest śmierć, nie da się uporządkować tak jak ubrania w szafie. Czy zatem w takiej chwili, chwili nadciągającej śmierci, Jezus nie ma prawa stać się „ateistą”? Czyż przygniatające go cierpienie nie da się usprawiedliwić żadnym planem zbawienia i pociechą zmartwychwstania? Co Mu zostaje? Modlitwa. Język tej „ateistycznej modlitwy” nie jest w pierwszym rzędzie krzepiącą odpowiedzią na doświadczenie cierpienia, lecz raczej pełnym pasji pytaniem – Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił? – wydobywającym się z otchłani cierpienia. Pytaniem skierowanym wprost do Boga. Romano Guardini, wybitny katolicki teolog, już na łożu śmierci także pytał: „Dlaczego, Boże, do zbawienia takie straszliwe drogi okrężne, cierpienie niewinnych, wina?”.

Śmierć Jezusa była tak ważna, gdyż pokazała rozpad świata, który bardziej kocha zło niż dobro. Sęk w tym, że kiedy nawet już zdamy sobie sprawę, że Jezus nie umiera na „niby”, kiedy fakt śmierci Boga dotrze do naszej świadomości, szybko przykrywamy go innym, mającym oswoić tę mrożącą krew w żyłach nowinę. Mianowicie prędko się pocieszamy, że choć śmierć jest straszna, to jednak po niej przychodzi zmartwychwstanie. To nasza „polisa na życie wieczne”. Nasz talizman, który mówi: „człowieku, nic się nie martw”. Chrześcijaństwo jest tak fajne, bo nawet śmierć kończy się happy endem.

Tyle że życie Jezusa jest właśnie świadectwem, iż nie powinno być miejsca na „hollywoodyzację” chrześcijaństwa. Zmartwychwstanie to żaden happy end, który tak podnieca tych, co dumnie ogłaszają, że śmierć została pokonana. Ci kaznodzieje przypominają psychoterapeutów, którzy najchętniej przepisywaliby wiernym prozac, by ci lepiej znosili trud życia. Nie widzą zarazem, jak skutecznie w ten sposób odzierają chrześcijaństwo z należnej mu powagi.

Zmartwychwstanie – jeśli nie ma być bajką dla dorosłych, wiarą dla naiwnych – nie może być postrzegane jako wydarzenie, które dokonuje się „gdzieś tam”. Ale musi być traktowane jako sytuacja, która dokonuje się „tu i teraz”, między nami, ludźmi. W tym sensie, że Jezus „powstaje z martwych” zawsze wtedy, gdy zdobywamy się na wysiłek, by odnaleźć go w twarzach najsłabszych, których symbolizują biblijne figury wdowy, sieroty i obcokrajowca.

Zmartwychwstanie nie jest zatem banalnym, szczęśliwym zakończeniem dramatu tylko wtedy, gdy zdobywam się na miłość bliźniego, na miłość nieprzyjaciół. Bez niej, tej miłości, wobec każdego człowieka, a nie tylko wobec matki czy kochanki, przyjaciela czy wspólnika, Jezus trwa w agonii. I choć to my, ludzie, zamordowaliśmy Boga, zarazem to my, ludzie, praktykując miłość bliźniego, doświadczamy jego zmartwychwstania.

Kto jest, zapytacie, moim bliźnim? Każdy, kto cierpi niesprawiedliwie. Każdy człowiek, który jest wykluczony i poniżony – bez znaczenia, jaki ma kolor skóry, poglądy polityczne czy orientację seksualną. Można powiedzieć: tym, co taki człowiek posiada, co stanowi o jego istocie, jest jego cierpienie. By to dojrzeć, nie trzeba kończyć najlepszych uniwersytetów, być pobożnym chrześcijaninem, muzułmaninem czy ateistą. Wystarczy otworzyć oczy!

I to właśnie dlatego przed cierpiącym powinno się ugiąć każde kolano, zejść na ziemię każda teologia i podporządkować się mu każda polityka. Johann B. Metz, niemiecki teolog, mówi że jedyny autorytet, jaki nam dziś został, to „autorytet cierpiącego”.

Jasne, że taki autorytet jest „słaby”. Nie ma, prócz moralnego, żadnego wsparcia: ani politycznego, ani finansowego. Tyle że – zdaniem Metza – ten „słaby” autorytet cierpiących jest „jedynym uniwersalnym autorytetem, jaki pozostał nam jeszcze w naszym zglobalizowanym świecie. Jest on jednak w tym sensie »mocny«, że ani religijnie, ani kulturowo nie można go ominąć”.

Jeśli tak, to człowiekowi cierpiącemu musi podporządkować się rozum, i to z racji swej rozumności. Inaczej zredukowałby się do czystego instrumentalizmu i czystej funkcjonalności. Cóż nam bowiem po rozumie, który jest ślepy na krzyk ofiar i lament cierpiących? Cóż nam po takim rozumie, który zapomina o przykrościach, jakich każdego dnia doświadczają ludzie? Czyż nie miał więc racji Adorno, gdy mówił: „Dać się wypowiedzieć cierpiącemu – oto warunek wszelkiej prawdy”?

Czyż więc, z drugiej strony, okazanie solidarności z cierpiącym nie jest warunkiem doświadczenia zmartwychwstania? Tak jak wiara jest martwa bez uczynków, tak zmartwychwstanie bez miłości bliźniego jest przed nami ukryte.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 51

Dodaj komentarz »
  1. Kazanie?

  2. No, ale co to za śmierć skoro wiadomo, że się zmartwychwstanie….?

    /Robertus af Upsala

  3. Makowski praktykuje miłość. Czyżby dlatego pisze bez ogródek, że ludzie zostali wytresowani? Dalej już mi się odechciało czytać.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. No kochanieńki, to nie żadni „my ludzie” zamordowali Boga, tylko oni, Żydzi – bądź precyzyjny, bardzo proszę, gdyż wprowadzasz nas, ludzi, w mylny błąd. Żydzi skazali Go na śmierć, po czym zakrzyknęli: „krew Jego na nas i na dzieci nasze”. Wiedzieli, co robią, dokonali wolnego wyboru zła, mogąc wybrać dobro i tego się trzymają po dziś dzień, co łatwo można zaobserwować po ich globalnych instytucjach finansowych okradających cały świat, czy po ich światowym terroryzmie, bo nie ma co się oszukiwać, gdziekolwiek mamy do czynienia z terroryzmem, wszędzie tam wyłazi łeb Żyda: czy to w Egipcie, czy w Syrii, w Iraku, Jemenie, czy w Libii, Londynie, Madrycie, czy na Ukrainie, wszędzie. Z prostej przyczyny, mesjanistycznego zajoba.

  6. Interesujący wpis, redaktorze… Nie szło Panu pewnie o to, żeby wykazać, iż Jezus był w momencie śmierci… ateistą – bo przecież wszyscy wiedzą, że przed śmiercią nawet ateusze się reflektują i nawracają. Może – jeśli był z oćcem dogadany – doszedł do wniosku, że to wszystko już go przerasta i że ma dosyć takiej ojcowskiej miłości, która daje mu żyć przez 33 lata ludzkim życiem, kochać i być kochanym – jeśli nie przez MM, to choćby przez bliźnich – cierpieć ból i radość istnienia, by raptem robić im hollywooda z umieraniem i odumieraniem?
    A może chciał Pan dać egzemplum, że jak ateusz nazbyt się zaplącze w teologiczne dociekania, to może – niczym baron Muenhausen – sam się wygrzebać z bagna ateizmu?
    Czytało się miło, ale to chyba jednak ciutek bez sensu jakby jest chyba …

  7. Biblia to jednak FIKCJA LITERACKA. I jak Mateusz, Jan, Pawel czy Lukasz cos w niej powiadaja, to ich slowa wedle autorow Biblii: rzesz kompilatorow, ktorzy przez setki lat ciezko pracowali, by uczynic Biblie narzedziem kultu religijnego.

    Z ktorym to kultem Jezus z Nazaretu NIE MA NIC WSPOLNEGO.

    Wesolych Jajek !

    PS.
    Zmartwychwstanie dokonuje sie wtedy, gdy przestaje sie myslec i zaczyna wierzyc.

    Amen.

  8. @Jerzy Pieczul
    Z prawdziwą lubością czytam Pańskie wypowiedzi. Jakiś czas temu był Pan uprzejmy opisac moment zmartwychwstania; dawno się tak nie uśmiałam; mam jednak pewien problem, chciałabym do tego powrócic, ale nie potrafię znaleźc, gdzie, w czyim blogu Pan to opisał. Bardzo proszę o wskazanie, szukam już od dawna i kompletna klapa. Z góry serdecznie dziękuję.
    Pozdrawiam.
    A tak w ogóle to Pańskie wypowiedzi / komentarze / spowodowały moje systematyczne czytanie blogów, do których miałam raczej negatywne podejście.

  9. Odpowiadam @ Jankom i podobnym nowotworom: Ile razy będziecie jeszcze przekręcać to, co stoi w Piśmie? Nawet ateista prof. Turski (X. RUT) w swoim błyskotliwym, trzeba przyznać, eseju (a ja z gościem często się w różnych kwestiach nie zgadzałem) na łamach Wiedzy i Życia (!) nr 10/2004 (!!!), wnikliwie zauważył, że ów tłum rzekomo wyjący „Krew jego na nas i dzieci nasze” nijak nie pasuje do… tego samego tłumu, który witał Jehoszuę kilka dni wcześniej z palmami u bram Jerusalem jako Messiaiaha (Zbawiciela) in spe. Ponieważ zaś te słowa padają tylko u jednego ewangelisty, w dodatku akurat tego, który nie widział na oczy owych zdarzeń, można wysnuć wniosek, że jest to nic innego jak humbug, dokonany już z myślą o chrześcijanach „pawłowych”, tj. nie-Żydach konwertowanych przez Saula Tarsiusa (Św. Paweł, zresztą były wróg świeżo powstałej religii, a poza tym chytry i zręczny propagandzista, co mu później zostało do końca), którzy bynajmniej nie kochali Izraelitów, a poza tym nie mieli zamiaru trzymać się pierwotnego „prawa” jak chrześcijanie „piotrowi” (konwertowani przez Petrosa, działającego głównie w gminach żydowskich); na tym tle rozgorzał zresztą ostry spór doktrynalny, częściowo mający nawet odbicie w Dziejach Apostolskich. Zaś wszystkie ewangelie akurat są zgodne, iż wydawcą wyroku i wykonawcą egzekucji byli Rzymianie…. Zatem, ile jeszcze będziecie kontynuować tę nędzną manipulację?

  10. O kurcze, chyba Jerzy Pieczul nie czyta tego bloga;może jest na połowach, albo na rowerowaniu; jeżeli tak – to proszę innych blogowiczów, aby mi pomogli;może zapisują istotne, warte pamięci posty a te Pana Pieczula zasługują na to ; a więc proszę – pomóżcie

  11. Prezes think tanku PO wygłosił kazanie wielkanocne.

  12. ?

    Widzisz, ta gmina tak ma, weź II Wojnę Światową: jednego dnia witają bolszewików chlebem i solą, bramy powitalne specjalnie dla nich budują, kwiatami je ozdabiają, a drugiego dnia w ten sam sposób witają Niemców atakujących bolszewików.

    Wyrok najpierw wydał Sanhedryn, którego bojówki pojmały Chrystusa, wodziły od Annasza, do Kajfasza, a potem żydzi skazali Go na ukrzyżowanie, a krew Jego spadła na nich i na ich dzieci, tak jak chcieli.

    Św Paweł owszem, był niecnotą, celnikiem, ale wybrał dobro, z własnej nieprzymuszonej woli, tak jak jego ziomale wybrali zło. Gdyby Rotszyld wybrał dobro, to też miałby drugą szansę. Chociaż on to może nie, sam nie wiem.

    Nie czytałeś Nowego Testamentu – przeczytaj, fragment Ci zapodam na zachętę:

    „Węże! Plemię żmijowe! Jakże będziecie mogli ujść przed sądem ognia piekielnego? Oto dlatego Ja posyłam do was proroków i mędrców, i uczonych w Piśmie, a z nich niektórych będziecie zabijać i krzyżować, innych znowu będziecie biczować w waszych synagogach i przepędzać z miasta do miasta. Aby obciążyła was cała sprawiedliwa krew, przelana na ziemi – od krwi sprawiedliwego Abla aż do krwi Zachariasza, syna Barachiaszowego, którego zabiliście między świątynią a ołtarzem. Zaprawdę powiadam wam, spadnie to wszystko na ten ród.

    Jeruzalem, Jeruzalem, które zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie byli posłani, ileż to razy chciałem zgromadzić dzieci twoje, jak kokosz zgromadza pisklęta swoje pod skrzydła, a nie chcieliście! Oto wam dom wasz pusty zostanie. Albowiem powiadam wam: Nie ujrzycie mnie odtąd, aż powiecie: Błogosławiony, który przychodzi w imieniu Pańskim.

    A gdy Jezus opuszczał świątynię i odchodził, przystąpili uczniowie jego, aby mu pokazać zabudowania świątyni. Lecz On rzekł do nich: Widzicie to wszystko? Zaprawdę, powiadam wam, nie zostanie tu kamień na kamieniu, który by nie był zwalony.”

    Tak jest, na nic cała konstrukcja misternie dzisiaj zbudowana – szlag ją trafi w tri miga. Amen.

  13. @?

    Jezus z Nazaretu byl przede wsxystkim dysydentem politycznym (dzis w Izraelu nawiedzen jak Pan/i mianowali by go terrorysta): kwestionowal wladze polityczna i religijna, ktora akceptowali owczesni Zydzi. Byl wiec i ich wrogiem. I dlatego zginal. Z ich politycznej woli.

    Rzymianie (Pilat) wystapili w roli kata – egzekutora woli Zydow.

    I to cala bajka.

    Jesli w tej sprawie ktos manipuluje, to Pan/i. Probujac uniewaznic znane powszechnie elementarne historyczne fakty.

  14. @Janek

    Gdybym byl chrzescijaninem (a szczegolnie polskim katolikiem) to kazdego napotkanego religijnego zyda calowal bym w reke i w du.. za to, ze jego Praszczurzy zdecydowali o smierci Jezusa. Dzieki niej masz Pan dzis swoja religie. Gdyby owczesni Zydzi zdecydowali, ze zginie Barabasz, a nie Jezus wierzyl bys Pan do dzis w Swiatowida.

    Dla mnie to to bez znaczenia, ale dla Pana nie, sadze.

    Wiec?????

    Odpowiedz na pytanie dlaczego 20 mln zyjacych na swiecie ludzi, ktorzy modla sie w synagogach w sobote tak bardzo zdominowalo rzadzaca dzis (poki co) swiatem cywilizacje chrzescijanska – czyli spolecznosc 2.6 mld ludzi modlacych sie w kosciolach w niedziele – jest nie do wylozenia w kilku linijkach tekstu. Ale zaryzykuje postawienie pierwszej tezy badawczej na Pana uzytek: oni sa (statystycznie) od zawsze (studiowanie Tory i innych zydowskich tekstow kanonicznych – obowiazek religijnego zyda – wymagalo umiejetnosci czytania i pisania) zdecydowanie lepiej niz inni wyksztalceni i nieporownywalnie lepiej zorganizowani na wielu (takze niewidocznych dla opinii publicznej) poziomach.

    I maja tu kilka tysiecy lat doswiadczenia.

    Nie da sie tego przeskoczyc analizujac swiat realny przy pomocy worka z zolcia. Jak Pan. Sorry.

    Wesolych Jajek!

  15. @Anna Poll

    Ktos w PO powinien w koncu zauwazyc, ze J.markowski NIE MA elementarnych INTELEKTUALNYCH kwalifikacji na szefa think-tanku.

    Jako ‚publicysta’ POLITYKI moze gadac co mu sie podoba. Na swoj rachunek. I J.Baczynskiego.

    PO nie moze jednak podpisywac sie pod gaworzeniem J.Makowskiego (idzie mi o tzw. caloksztalt – ten facet NiE MA NIC DO POWIEDZENIA).

  16. Miło czasami przeczytać coś autorskiego, także ciekawy wpis, zwłaszcza na tym blogu, który to rzadko kiedy bywa „głęboki”.
    Śmierć Jezusa można interpretować na wiele sposobów. na tym polega siła tej historii, że dla każdego może oznaczać coś innego. Ateistą raczej stać się nie mógł, bo ateista nie woła do Boga, bo przecież to pojęcie mu obce. Ja bym to bardziej interpretował jako chwilę zwątpienia w moc miłości i wdarcie się strachu do umysłu kogoś dla kogo strach nie istniał.

    Co do istnienia zła na ziemi, pomimo Boskiej miłości do nas, to sprawa banalnie prosta, już dawno na nią odpowiedziało wielu….np. Hegel. Nie zawracałbym sobie takim problemem głowy. Światło świeci tylko wtedy kiedy istnieje ciemność.

  17. Co wy ludzie opowiadacie; Jezus sam sobie winien! Gdyby siedział na dupie z matką w Częstochowie, a nie włóczył się gdzieś po pustyniach nic by się mu nie stało.
    Polazł między te wredne żydostwo, które jak wiadomo (zapytajcie Janka) nienawidzi Polaków i go załatwili. Morał z tego taki, ze miast włóczyć się po świecie, należy siedzieć na dupie przy matce i ojcu. Na ojcowiźnie.
    PS. vps powiedział, co wiedział; ten to ma łeb!

  18. Bardzo ciekawy tekst.

    Komentarzy komentować nie warto.

  19. @mpn i gospodarz
    A propos komentarzy, to przypominają się słowa Lema: „Dopóki nie skorzys­tałem z In­terne­tu, nie wie­działem, że na świecie jest ty­lu idiotów”. Nienawistnych, dodajmy. Zastanawiam się czasem, jak blogujący redaktorzy Polityki to znoszą, ale widać każdy musi się umartwiać czasem. Wesołych świąt.

  20. @ mr.off

    Jest prostsze wytłumaczenie kwestii, dlaczego garść kopniętych szowinistów oddanych złu dla swego partykularnego interesu opanowała świat. Otóż wcale nie z powodu rzekomej wysokiej inteligencji, gdyż to mit, tylko z powodu swej ułomności psychicznej, defektu genetycznego, który nie pozwala im na doświadczanie uczuć wyższych, takich jak współczucie, czy empatia, mają także organiczny problem z odróżnianiem dobra od zła.

    Ten ich defekt z kolei nie pozwala „gojom” na zrozumienie psychiki dewiantów z prostej przyczyny: „gojom” o normalnej psychice nie mieści się w głowach, że ktokolwiek spośród ludzi na Ziemi, mógłby traktować innego człowieka jako obcy podgatunek, zwierzęcy, który można bezkarnie okradać i mordować niczym bydło w rzeźniach, albo insekty, nie ponosząc za to żadnych konsekwencji, więcej nawet – nie mając zupełnie wyrzutów sumienia z tego tytułu. A dlaczego nie mają wyrzutów sumienia? Bo do tego trzeba mieć sumienie.

    Teraz najważniejsze: niekoniecznie ludźmi posługującymi się Żydami, podatnymi na manipulację jak nikt inny ze względu na wpajany im przez wieki mesjanizm, utwierdzanie ich w mylnym przekonaniu o statusie „narodu wybranego” oraz kompletnie bezpodstawną propagandę o rzekomej ponadprzeciętnej inteligencji, są sami Żydzi. Bardziej prawdopodobna tyłaby teza, że są nimi raczej ewidentni psychopaci, stronicy Zła, szatana, dążący do zniszczenia Ziemi wraz z Człowiekiem, którzy z Żydami sensu strico nie mają absolutnie nic wspólnego; owszem, mówią że są Żydami, ale wyjaśniał to już Anioł św. Janowi w Ewangelii: „mówią o sobie że są żydami, a nimi nie nimi, lecz kłamią”.

    Zatem, działanie żydostwa wspólnie i w porozumieniu przeciwko „gojom”, pod nadzorem i kierunkiem nieznanej im de facto bandy sanhedrynowych psychopatów (to ten sam schemat, co w przypadku masonerii i z tego samego źródła), okazać się musi także działaniem przeciwko samym sobie, na własną zgubę.

  21. Sorki, miało być: „mówią o sobie że są żydami, a nimi nie są, lecz kłamią”.

  22. Panie Mr. Off? – historyczne fakty…. które w następnym komentarzu nazywa Pan bajką?
    Macierewicz to przy Panu tytan wiarygodności i wzorzec z Sevres logicznej precyzji, lub odwrotnie.
    A dla pana Janeczka parę cytatów z Żyda Jehoszuy wedle życzenia:
    „Nie domniemajcie, iż przyszedłem znieść Prawo i proroków; owszem, przyszedłem je wypełnić”
    „Ani jedna litera z Prawa nie będzie zmieniona ani odjęta, nim ten porządek rzeczy przeminie”
    „Przysłano mnie do owiec, które odłączyły z domu Izraela”
    Teraz sami sobie wybierzcie, która wersja J. jest bardziej wiarygodna: ta anty- czy filosemicka.
    Na temat waszego kompleksu wobec „pejsatych” nie będę się wypowiadał. To kwestia dla psychiatrów. Może za dużo bito was po głowie w dzieciństwie albo przytapiano w wannie. Swoją drogą, żałuję że nie jestem Żydem: budziłbym lęk i grozę swoimi zdolnościami, koneksjami, wpływami i czym tam jeszcze. Niestety, ja raczej z braci Czechów.

  23. @? oraz @Janek

    Przepraszam, ze przeszkodzilem Panom w pracowitym okladaniou sie sztachetami.

    Nie zagladam zbyt czesto na Salony ‚Polityki’, stad moja niestosownosc.

    Prosze o wybaczenie profanowi.

  24. Rację miał Lem.
    Zastanawiam się tylko nad jednym.
    Skąd się biorą idioci dokonujący takich wpisów.
    Gratulacje dla p. Markowskiego za tekst – wydawało mi się, że jestem ateistą, ale zgadzając się z jego uwagami, to chyba nie jestem.

  25. W wielkanocny poranek przeczytałem w GW pański wywiad z Grzegorzem Przebindą, ekspertem od Putina. Jestem zaszokowany, jak zdolny filozof mógł opublikować wywiad, w którym jest tylko jedno zdanie prawdziwe. Reszta to bełkot rusofoba mitomana bez śladu prawdy i elementarnej kultury. Ten jeden prawdziwy akapit brzmi; „Ale bardziej niż Janukowicz Putinowi pomagają prawicowi radykałowie wspomagający kolaborację z nazistami, rusofobiczni i do szpiku kości antypolscy, bo nie warto wierzyć w ich obecne Polskie sympatie.” Warto by dodać, że ci radykałowie byli szkoleni w Legionowie na organizowanych przez Sikorskiego kursach. O szczegółach pisze także polska prasa. To jest ponurą jedyną prawdą tego wywiadu. Rosja jest Rosją i taką pozostanie. Ma swoją tragiczną, dobrze już znaną historię. Z dzisiejszej perspektywy trzeba koniecznie uwzględniać istnienie wrogiego Rosji NATO, pierścienia baz ją otaczających, doktrynę Brzezińskiego i strategię jej bałkanizacji. Ukraina jest etapem w tej wojennej sekwencji podbojów i dominacji. O czym Pan powinien wiedzieć i nie kompromitować się. A ten pan Przebinda powinien wcześnie pomyśleć jak ewakuować się z tego zagrożonego Krosna.
    http://wyborcza.pl/magazyn/1,137863,15826118,Co_Bog_polecil_Putinowi.html

  26. ?

    Nie budziłbyś żadnego lęku, tylko litość, pisałem przecież, że żydostwo w realizacji sanherdynowej jest psychicznym defektem, a nie nobilitacją, więc wypada współczuć. Nie mają też żydzi żadnych ponadprzeciętnych zdolności – to mit, jedynie tendencję do realizacji rzeczy podłych, których normalny człowiek nigdy by się z własnej woli nie podjął, jak budowa bomby atomowej oraz jej detonacja, globalny terroryzm, czy konstrukcja pasożytniczego systemu finansowego, który pozwala im żerować na ciężkiej pracy innych.

    Oczywiście nie wszyscy żydzi en masse kwalifikują się do tej krótkiej charakterystyki; posługuję się tutaj skrótem myślowym dotyczących „żydów” którzy wg Ewangelii „mówią, że nimi są, a nie są, lecz kłamią”, jednak w świadomości społecznej funkcjonują dziś jako żydzi. Nie mają jednak nic wspólnego z prawdziwymi, porządnymi Żydami, zmuszanymi przez te podłe jednostki z piekła rodem do dźwigania Chrystusowego krzyża, niczym Szymon Cyranejczyk.

    Jednak nawet ci porządni żydzi są w pewien sposób współwinni współczesnemu uciskowi na świecie, załganiu mediów, militaryzmowi, a przynajmniej wielu z nich, gdyż akceptują status quo, nie wypierają się swoich zbrodniczych ziomali – złodziei, oszustów i morderców, nie potępiają ich publicznie, nie wskazują palcami i nie wyklinają; przeciwnie, chełpią się nimi, podają ich przykłady na potwierdzenie tezy „żyda uber alles”, potrafią czcić nawet Mayera Lensky’ego, a to z tej prostej przyczyny, gdyż wpojono im mesjanistyczny szowinizm.

    Jedno wyjaśnienie. Chrystus nie był żadnym Żydem, jego ojcem nie był przecież żyd, tylko Bóg, a został zesłany pośród żydostwa dlatego, iż to „chory potrzebował lekarza, a nie zdrowy”. Nie mówił w języku hebrajskim, lecz po aramejsku, co oddał wiernie w swojej świetnej „Pasji” Mel Gibson. Matka Jezusa Chrystusa, Maria również mówiła po aramejsku, zatem można przyjąć, że była Aramejką. Wmawianie ludziom, że Chrystus był żydem to nędzne kłamstwo wynikające z kompleksów żydostwa oraz organicznego załgania ich kierowników, pochodzących wprost od samego diabła, co ma potwierdzenie w Piśmie:

    „Ojcem waszym jest diabeł i chcecie postępować według pożądliwości ojca waszego. On był mężobójcą od początku i w prawdzie nie wytrwał, bo w nim nie ma prawdy. Gdy mówi kłamstwo, mówi od siebie, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa” Jan 8:44

    PS Skoro z „braci Czechów”, to w prostej linii od żydostwa, gdyż historycznie wszelcy „bracia” polscy, niemieccy, helweccy, czescy itp. są starym patentem rabinicznych judaistów, elementem konspiry, skierowanej przeciwko Kościołowi katolickiemu. Poszukaj pośród antenatów, może natrafisz na jakiś ślad…

  27. Pan skazał Gibsona za film na alkoholizm.

  28. Janek od dawna jest znanym idiotą, ? właśnie idiotą został.
    Zgodnie z zasada: nie wdawaj się w dyskusje itd.

  29. Ja się zastanawiam co by było jakby odkryto teraz szczątki Jezusa? Jak by na to zareagował kościół?

  30. @Janek
    Szymon Cyrenejczyk był polskim emigrantem i pochodził z Pruszkowa (Antka Kobyły, siostry mojej prababki syna ciotecznego ze strony matki Józka Chryzantemy i kuzyna ciotki), który po szychcie na budowie kolejnego kibucu wracał z roboty. I wcale nie z własnej woli wziął się za dżwiganie tego krzyża, tylko go te rzymskie psubraty (nie żydowskie) do tego bacikami zmusili. Więc o czym ty tu rozprawiasz?
    A w ogóle, to rozpędż się mocno gdziekolwiek jesteś, pochyl ten swój katolsko-watykański łeb i walnij nim w jakąś ścianę…..od razu ojca świętego zobaczysz.

    Mazeł Tow Janeczku.

  31. aza
    18 kwietnia o godz. 19:57
    Szanowna azo, voila. A przy okazji, Szanowny Panie Jarosławie, czyż okrzyk Jezusa na krzyżu nie jest w najprostszym rozumieniu jednym z licznych dowodów, że był to człowiek, nie Bóg?

    „ZMARTWYCHWSTANIE”

    Nie ma w szkole przedmiotu „myślenie” i nie ma takich jak w Helladzie akademii, w których uczniowie chodzą z mistrzami po ogrodzie, myślą. Współczesny kandydat na człowieka uczy się myślenia przypadkiem: od taty, jak się kłóci z mamą, na lekcji geografii, od rówieśników w bramie. Mama z tatą też uczyli się przypadkiem, i babcia z dziadkiem, i dziadków dziadki.
    Podchodzi do mnie na przystani babcia.
    – Świeża ta flądra? – mówi.
    – Przecież żywa.
    – Widzę – ale czy świeża?
    Z przypadkowych nauk są sędziowie i pierdzistołkowie, pismaczkowie i profesorowie, policjanci i złodzieje – wszyscy.
    – Co za barany trąbią, żeby uczyć dzieci seksu! – mówi pan młynarz. – Nikt dotąd nie uczył, a jesteśmy. Ciebie ktoś uczył?
    – Nie, dlatego nic nie umiem.
    – To co ze swoją robisz?
    – Oglądam telewizję.
    Pani młynarzowa wie, że jest niedobrze, bo ludzie są niedobre. Jak będą dobre, to będzie dobrze – wystarczy chcieć. A, skurkowane, nie chcą.
    Raz rzekłem: „Przypisywanie marksizmu ateistom to chwyt propagandowy prawicowych demagogów”. Na to boży ptaszeczek: „Tak jakby nie było lewicowych demagogów!”. Nie robiłem demagogowego spisu, więc myśl ptaszeczka w przekładzie na nadrzeczne budownictwo wygląda tak: ja: „Na prawym brzegu rzeki stoi dom”; on: „Tak jakby nie było lewego brzegu!”.
    Najbardziej myślicielscy byli w moim życiu księża. Mówili na przykład: „O zmartwychwstaniu wiemy od apostołów. Apostołowie byli prawdomówni, dlatego zmartwychwstanie jest prawdą”. Jezu, jakie to było logiczne! Gotując nas na nową drogę życia, mówili pod koniec siódmej klasy:
    – Będą wam wciskać, że człowiek powstał z małpy. Wtedy pytajcie, czemu dziś z małp nie powstaje.
    Pytałem jak najęty, nim odkryłem dwie logiki: świecką i świętą.
    Pozdrowił nas w ogrodzie Święty z okazji święta zmartwychwstania. Psychiatra na to:
    – Wypraszam sobie, tu z martwych się nie wstaje.
    – Jezus powstał.
    – To nieśmiertelni umierają?
    – Zacytuję profesora historii: „Nie znam w historii ludzkości żadnego faktu, który byłby poparty mocniejszymi i pełniejszymi dowodami niż ten wielki znak, jaki dał nam Bóg, iż Chrystus umarł i powstał z martwych”.
    – A ja zacytuję siebie: jaki profesor – taka historia. Skoro nie zna pewniejszego faktu, wychodzi, że Chrystus na bank zmartwychwstał, ale czy taki żył – pewności nie ma.
    – Bredzisz, kolego.
    – Nic z tego – mówię – to się nazywa „logika”. Świętym jest, rzecz jasna, zbędna.
    – Jako psychiatra – potwierdzam. Nieomylny stworzył światło, potem – źródła światła, i świętym to nie przeszkadza. U sensata Mateusza tuż po śmierci Jezusa ziemia zadrżała, skały popękały, „Groby się otworzyły i wiele ciał świętych, którzy umarli, powstało. I wyszedłszy z grobów po jego zmartwychwstaniu, weszli do miasta świętego i ukazali się wielu”. Jan – jedyny z uczniów naoczny świadek śmierci Jezusa (gdzie resztę w takiej chwili poniosło?) – o tych sensacjach nawet się nie zająknął. Ziemia się pod nim trzęsła i pękała, a on nie zauważył? Rozwodzi się o pojedyńczym zmartwychwstaniu, a masowe przegapił? Inna rzecz, że historia mówi o takim głupstwie, jak spalenie żywcem przez Kościół jednego Husa, a o mnogim zmartwychwstaniu, które przebiłoby wszystkie niezwykłości w dziejach ludzkości razem wzięte – nic.
    – Sensat chciał śmierć udramatycznić – mówię. – Nie będzie jego Bóg umierał jak ogrodnik.
    – Hitchcock by tego nie wymyślił. Święci powstali w grobach tuż po śmierci Jezusa, ale wyszli z nich i poszli do miasta dopiero „po jego zmartwychwstaniu”. Co robili trzy dni – stali jak słupy i czekali?
    – Historyków nie obchodzi. Wszedłem do toalety w piątek rano i wyszedłszy z domu w poniedziałek, ukazałem się w pracy. Najważniejsze, że się ukazałem.
    – Najmocniejszy dowód dał Jan, mówiąc o sobie w trzeciej osobie: „A wiemy, że jego świadectwo jest prawdziwe”. Popatrzmy.
    Wyprzedził Piotra w biegu do grobu. Dobiegł pierwszy i…nie wszedł. To po co gnał? Nadszedł Piotr, wszedł do grobu, „ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu”. Jan mówi, co szczegółowo widzi Piotr, więc musiał to najpierw sam zobaczyć. Kiedy – skoro twierdzi, że wszedł do grobu po nim i dopiero wtedy „ujrzał i uwierzył”?
    – Pisał wiele lat później – mówi Święty. – Włożył w Piotrową głowę to, co sam zobaczył. Co za różnica, że zobaczył po nim, skoro zobaczył to samo.
    – A po co wkładać w cudzą głowę? Nikt cudzymi oczami nie patrzy, więc mówienie, co inny widzi, słyszy, myśli – to nie dokument, ale beletrystyka.
    – Z nieczystą myślą – mówię.
    – Otóż to. Jan nie przez skromność się chowa za kolegę, choć go wyprzedził w biegu.
    – Był młodszy, to wyprzedził – mówi Święty.
    – I relacjonując po kilkudziesięciu latach niesamowitą sytuację, ze szczegółami pamięta głupią chustę – że nie razem z płótnami, że oddzielnie, że zwinięta.
    – Mówił, co widział
    – Albo: co chciał, żeby inni widzieli. Skąd wie, że chusta była „na Jego głowie”, skoro pisze, że grzebali ciało Józef i Nikodem, i nie wspomina, by przy tym był ktoś jeszcze? Noc jest najlepsza dla złodziei i oszustów, więc nie przypadkiem powstanie z martwych odbyło się po cichu w nocy, a nie trzeciego dnia przy świadkach. Gdyby zabity Jezus wyszedł z grobu w obecności wrogów i sprzymierzeńców w biały dzień – to byłoby dopiero świadectwo! Ale nie wyszedł, bo cud polegał na wyniesieniu ciała i pochowaniu w innym miejscu. Może leży do dziś. Parę rzeczy wskazuje na to, że Jan był wykonawcą. Przy wynoszeniu ciała w nocy coś można przeoczyć, dlatego wyprzedził Piotra, żeby sprawdzić. Po co nam wtyka szczegół, że nie wszedł pierwszy? Nie po to, by ukryć, że właśnie wszedł, zrobił porządek z chustą, która spadła przy wynoszeniu? Porządne zwinięcie miało sugerować, że nie spadła, że zmartwychwstały Jezus sam zdjął, ładnie złożył. Grzebalne płótna też zdjął i poszedł nago? Dokąd – do hotelu? Równie logicznie jest z kamieniem: u Jana jest odsunięty od grobu. Bóg, który przekroczył granicę życia tam i z powrotem, przenikał przez zamknięte drzwi, przez kamień przeniknąć nie potrafił? Bo żeby wejść do grobu i wynieść ciało, trzeba było kamień odsunąć – to jasne. Krótko mówiąc: pan Jan wykonał mistyfikację zwaną „zmartwychwstaniem”. Nie był za mądry, więc w pisanej po wielu latach opowiastce tak starał się swoją rolę ukryć, że niechcąco odkrył.
    – To tylko twoje słowa – mówi Święty.
    – Postaram się o zdjęcia. W drobinie ciała jest cały genotyp, w szczegółach zachowań – cała osobowość. Uczciwy Jan popełnił oszustwo dla idei – dlatego niezdarnie miesza kłamstwo z prawdą i łatwo go zdradzają słowa.
    – Za słaby w tym jestem. Ale Jezus również uzdrawiał.
    – Ocenił to Paweł: „Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara”.
    – Gdzie tu o uzdrowieniach?
    – No właśnie. Uzdrawiać, lepiej lub gorzej, każdy może, więc od uzdrawiaczy w dziejach aż się roi. Lepiej zapytaj, czemu gór Jezus nie przenosił, nie stawiał świątyń w trzy dni i nie kierował samochodem zamiast osiołkiem.
    – Ojej – mówię – w tamtym czasie przy samochodzie splajtowałyby wszystkie religie!
    – I tak splajtowały, bo kasa przecie jest numer jeden na świecie, nie religia. Wstyd mówić o oczywistościach, drodzy parafianie: drugą bijącą w oczy okolicznością wykluczającą zmartwychwstanie jest nierozpoznanie zmartwychwstańca przez uczniów.
    – Niektórzy nie rozpoznali, niektórzy rozpoznali – mówi Święty.
    – W ewangelii Jana nawet przy trzecim spotkaniu nie poznał nikt prócz Jana. Wobec tak zgodnego świadectwa, wyrok wszystkich sądowych instancji byłby jeden: to nie był Jezus. Jeśli przyjąć najmniej korzystny dla zapamiętania postaci wariant, że działalność Jezusa trwała sześć tygodni, to i tak było dość czasu, by się nauczyć poznawać człowieka nawet z daleka. Pierwszaczek, który po tygodniu w szkole nie rozpoznawałby swojej pani, byłby uznany za upośledzonego na umyśle.
    – Więc kto to był?
    – Jak dotąd, się nie przedstawił.
    – Za to chętnie przedstawiał rany jako dowód – mówię.
    – Zdarzało ci się przekonywać kolegów z pracy, że ty to ty i pokazywać na dowód kurzajkę? Przekonywanie przez gościa uczniów, że jest dobrze im znanym Jezusem, to zachowanie tak absurdalne, że się nie zdarza nawet u czubków.
    – Ale się zdarzyło. Stąd piękne komunistyczne hasło „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.
    – Czyli: błogosławieni łatwowierni. Do dziś ten infantylizm śpiewają w modłach jako mądrość. Tomasz uwierzył dopiero wtedy, jak włożył paluch w rany. A jakież to w ranach są dowody tożsamości? Nie rozpoznał po tym, po czym się poznaje człowieka – po wyglądzie, zachowaniu, głosie? To samo z Magdaleną: ujrzała gościa, ale myślała, że – ogrodnik. Dwóch uczniów szło z nim sporo kilometrów, gadali i też, patrzcie, nie poznali!
    – Co dzień spotykam nieznajomych, których nie poznaję – mówię.
    – Łukasz wyjaśnia naukowo, że oczy mieli „niejako na uwięzi”. Trzeba mocniejszych dowodów, że to nie był Jezus?
    – Siedmiu nad jeziorem też nie poznało. Dopiero im Jan powiedział: „To jest Pan”.
    – Wykonawca oszustwa wmawiał uczniom, że widzą Jezusa. I nam wmawia: „Żaden z uczniów nie odważył się zadać mu pytania ‚Kto ty jesteś?’, bo wiedzieli, że to jest Pan”. Nie odważyli się zadać – czyli chcieli zadać, mieli wątpliwości; „wiedzieli ” – czyli nie mieli wątpliwości. Mieli i nie mieli. Gość o nieczystym sumieniu ożenił prawdę z kłamstwem najgłupiej jak można. Spotkałem w mieście moją żonę, ale nie odważyłem się zapytać „Kto ty jesteś?”, bo wiedziałem, że to moja żona. Niech Wasza świątobliwość pozdrowi profesora historii.
    – Zmarł wiek temu.
    – Kiedyś wstanie. Na razie smućmy się, panowie i panie, bo oto sławny nieboszczyk, miast ożyć w glorii, w jakiej się narodził – z pastuszkami, aniołami, kometą i królami – wyjść z grobu w samo południe na oczach przyjaciół i wrogów, żyć z nami niemetaforycznie ku pożytkowi wszystkich, dokąd nie pieprznie w ziemię coś z Betlejem, mignął garstce rybaczków przed oczami, coś bąknął, zjadł i przepadł. Co za palące sprawy miał w wieczności – dzieci płakały, pociąg odchodził?
    – Zaiste – mówię – beztreściową migawką było zmartwychwstałe życie.
    – A ileż mógł grać Jezusa podstawiony człowiek? Udawanie straconego za religijne oszustwo to jeszcze większe oszustwo – szybko by go ukrzyżowali – dlatego publiczne występy, spotkanie z rodziną, znajomymi nie wchodziły w rachubę. Mistyfikacja była szyta dla paru zaufanych prostaczków, by ją zanieśli światu.
    – Zda mi się – mówię – że bracia chrześcijanie znienawidzili Żydów – naocznych świadków – nie za to, że zabili, lecz za to, że jako naród się nie dali nabrać.
    – Oczywiście. Nienaoczni widzą więcej niż naoczni, przez to się wściekają więcej.
    – Ale przegapili matkę. Po śmierci syna zamieszkała u Jana – pożarła się ze świętym mężem? – który, wedle jego własnej relacji, spotykał się ze zmartwychwstańcem aż trzy razy. Nie doniósł udręczonej matce? Na skrzydłach by przyleciała.
    – I by nie było chrześcijaństwa. Nie dałoby się wmówić matce: „To jest Pan”.

  32. @Jerzy Pieczul

    To jest genialne. Zacytuje Ci fragment wiersza z Ulissesa Joyce’a

    Ja jestem najbardziej cudacznym chłopakiem,
    Mam matkę Zydówkę, a ojciec jest ptakiem.
    Z tym cieślą Józefem żyć w zgodzie nie mogę,
    Więc zdrowie kalwarii i uczniów i – w drogę!

    Jeżeli ktoś w boskość mą wątpi, to sobie
    Nie łyknie za darmo, gdy wina narobię,
    Lecz będzie pił wodę i modlił się o to,
    Bym wino oddając znów zrobił je wodą.

    Zegnajcie, żegnajcie.Zapiszcie te słowa.
    Powiedzcie tym czterem, że żyję od nowa.
    Co boskim jest we mnie, uniesie w dal mnie,
    Na Górze Oliwnej wiatr wieje..Adieu!

  33. Jerzy Pieczul
    23 kwietnia o godz. 10:02

    Posyłałbym dzieciaki na zajęcia prezentujące takie treści. Niechby się dla niepoznaki nazywały „katechezą”.

  34. @Jerzy Pieczul i @Zyta2003
    Wielkie dzięki dla autora „Zmartwychwstania ” i innych świetnych dykteryjek a także dla Zyty za danie ” cynku „. Przepraszam, że dopiero teraz piszę, ale wcześniej po prostu nie mogłam.
    Wyrażam przekonanie, że Pan Pieczul będzie dalej tak świetnie pisać a Zyta pozostanie życzliwą osobą , ale też o równie dobrym piórze.
    Pozdrawiam.

  35. Lewy, Tanaka
    Za ten tekst na stronach mojej szkoły dostałem same joby. Jak się zacząłem tłumaczyć, że nie jest to atak na chrześcijaństwo, lecz efekt poznania, logiczna interpretacja Nowego Testamentu, dostałem jeszcze większe. Logika więc bywa groźna dla logicznych. Wtedy zrozumiałem, że racjonalna rozmowa niewierzącego z wierzącym o jego religii jest niemożliwa lub bezcelowa, bo to nie rozmowa, lecz dwa monologi lub, co częstsze – naparzanki. A ja przecież tylko pokazuję, że czarne jest czarne. Wierzący, kiedy tylko koniuszkiem nosa wyczuje krytykowanie jego religii, z mety mówi: ‚do widzenia, rozum”, i broni oblężonej twierdzy jak socjalizmu.

    Lewy
    Nie znam powodu, ale co otworzyłem „Ulissesa”, oczy mi się same zamykały. Przyjemnie jednak wiedzieć, że z autorem mamy podobny pogląd na los małego Jezusa w rodzinie.

    „ŚWIĘTA RODZINA”

    – Drugi dzień gość siedzi na łóżku, ani drgnie – mówi psychiatra. – Nie je, nie pije, gapi się w obrazek Święta Rodzina. Z braku życiowej materii nie da się o tej rodzinie sklecić pełnego zdania, a się bez końca plecie niestworzone rzeczy, z których kapie miód. No to są psychiatryczne skutki
    – Trochę się da sklecić – mówię. – Syn powiedział parę razy do matki: „niewiasto”, a raz potraktował jak natręta.
    – Właśnie. Mówił kto z was do swojej matki „niewiasto”, „kobieto” albo jakoś tak?
    – U mnie inaczej nie mogło być niż „tatuś”, „mamusia”, i to w trzeciej osobie. Raz powiedziałem: „Niech tatuś nie krzyczy na mamusię” i ze strachu uciekłem.
    – To samo u mnie. Greckie „gyne” to jednak nie „mamusia”, nawet nie „matka”.
    – Zapominasz, że nie był zwykłym człowiekiem – mówi Święty.
    – Czyli nie musiał znać zasady „Nauczasz – świeć przykładem”? Spotykam na ulicy matkę. Chce mówić ze mną, a ja odwracam głowę, mijam bez słowa, bo mam w przedszkolu wykład?
    – Na jaki temat? – mówię.
    – „Czcij ojca i matkę”, rzecz jasna.
    – Na początku pięćdziesiątych lat widziałem, jak córka wita rodziców, co przyjechali za dziećmi z Wileńszczyzny: padła na kolana w pył drogi i całowała nogi.
    – W Kazaniu na Górze nie ma o tym ani słowa, znaczy – o rodzinie. W NT jest za to kwiatek: „Przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę – z matką. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien”. A ktoś ty taki, żeby cię zaraz kochać, w dodatku – bardziej niż matkę?
    – Żartujesz? – mówi Święty. – Bóg.
    – Patrz okiem tamtych słuchaczy. Mieli znienawidzić bliskich i kochać nieznanego gadacza? Głosi: „Błogosławieni, którzy przynoszą pokój”, a przychodzi poróżnić. Po co?
    – Żeby byli poróżnieni – mówię. – Niejeden zapomina w środku, co mówił na początku.
    – Dlatego od pytania „Po co?” ciekawsze jest „Z jakiego powodu?”. Skąd w młodym człowieku tak destrukcyjna postawa skierowana przeciw najbliższym?
    – Zwyczajna alegoria – mówi Święty. – Nie przyszedł dosłownie poróżnić, ale przypomnieć: Bóg jest na pierwszym miejscu.
    – Dobrze, że ma tłumacza. Tylko że mówił o sobie, nie o Bogu, a dla słuchaczy był zwykłym kaznodzieją. Nie ustawisz miłości w kolejce: ta będzie na pierwszym, ta – na drugim miejscu. Więc czemu mówił przeciw życiu złym słowem „poróżnić”, sprzecznym z jego własnym „miłować”?
    – No czemu?
    – W najbłahszym zachowaniu jest cały człowiek z jego przeszłością. Wyniosłe traktowanie matki przez nauczyciela moralności – to skutek, a przyczyna…
    – Ta, że jesteś kleszcz.
    – To przypomnijmy, co Żydzi do niego rzekli: “Myśmy się nie urodzili z nierządu”.
    – Od dziecka mi wisiała nad głową „Święta Rodzina” – mówię. – Tak śliczna, że chciałem tam być. Aż zrozumiałem, że Józef patrzący z miłością na nie swoje dziecko – to oszustwo.
    – Oczywiście. Lew zabija nie swoje dzieci swojej żony, a gen człowieka jest tak samo samolubny, choć nie od razu zabija. Eufemizm „Święta Rodzina” maskuje cudzołóstwo.
    – Na jakiej podstawie wierzycie jednemu słowu wrogów? – mówi Święty.
    – Na tej samej, na jakiej nie wierzymy wielu słowom sprzymierzeńców: chodzimy po ziemi. Autorowi podniebnej ewangelii wymknęło się niechcąco parę zwykłych rzeczy.
    – Cudzołóstwo – mówię – to wtedy nie była taka zwykła rzecz.
    – Dlatego było publiczną tajemnicą, że Jezus jest bękartem. Żydzi w rozmowie z nim rzucili ciężkie słowo, a on nie stanął w obronie matki. Bo co miał mówić? – Z Ducha Świętego był poczęty – mówi Święty .
    – Rozmówcy mówili o nierządzie, nie o duchu. Mnie mniej interesują duchy i nierządy, więcej – sytuacja dzieciaka w najświętszej z rodzin, w której miał źle.
    – Skąd wiesz, że źle?
    – Z życia. Moja odwieczna narzeczona miała w domu tak dobrze, że sto razy na dzień wspomina ukochanych rodziców. Jestem jedynym jej nieszczęściem.
    – To samo ze mną – mówię.
    – Słyszałeś? Co się dzieje w chłopaczku, kiedy go ojciec odrzuca, wie ten, kto coś takiego przeżył. W życiu Jezusa było coś gorszego niż zły ojciec lub brak ojca: zły ojczym.
    – Skąd wiesz, że zły, jak nie ma o tym ani słowa? – mówi Święty.
    – Stąd właśnie, że nie ma.
    – W sądzie z takim wnioskowaniem byś się ośmieszył – mówię.
    – Nie w sądzie rozumu. Człowiek wypiera ze świadomości to, co w przeszłości było złe. Owszem, brak informacji nie uprawnia do wniosku, że Józef był Jezusa katem, ale z innymi sygnałami układa się w logiczną całość. Popatrzmy.

    Rodzina jako przedmiot nauczania u Jezusa nie istnieje. Przegapił, czy unikał tematu?
    Skąd wielkie współczucie dla skrzywdzonych i poniżonych – z psychicznego luksusu?
    Ojczym, poza wzmianką ewangelistów, że istniał, w dziejach i mowach Jezusa jest nieobecny. Krzywdzone dziecko milczy o krzywdzie i ucieka w fantazje. Ja uciekłem od ojca w książki; źle widziany pasierb uciekł w Pisma i znalazł innego ojca: niebieskiego.
    Matka to matka, ale była przyczyną odrzucenia go przez ojczyma i wyszydzania przez otoczenie, stąd jego gorycz i żal, w efekcie – nonszalanckie jej traktowanie.
    Powiedział z krzyża do Jana, który stał obok jego matki: „Oto matka twoja”. Odtąd „uczeń wziął ją do siebie”. Czemu do siebie – święte małżeństwo się rozpadło?
    Wojenne słowo przynoszącego pokój: „Przyszedłem poróżnić syna z ojcem…”. Z czego to miał, jak nie z urazu? Pod złym okiem ojczyma wyrósł zakompleksiony cyklotymik.
    „Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca” prosił uczeń. Usłyszał: „Pójdź za mną, a zostaw umarłym grzebanie ich umarłych”. Miewał humory pocieszyciel strapionych. Ale nad sobą się użalał:   
    „Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć”. Mówił o rzut beretem od rodzinnego Nazaretu. Znalazłby w sobie takie gorzkie słowa ktoś kochający, kochany, oczekiwany przez bliskich?
    – „Tylko w swoich rodzinnych stronach, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok lekceważony” – mówi Święty. – Cały świat zna te słowa.
    – Lekceważenie przez najbliższych oznacza, że nikt z nich – również matka – nie słyszał o zwiastowaniu, niepokalanym poczęciu, radości narodu z powodu narodzin, betlejemskiej gwieździe, pasterzach, mędrcach oddających oseskowi hołd i zastępach radujących się aniołów. Bo któż śmiałby lekceważyć poczętego z Ducha Świętego? Najbliżsi znali Jezusa trzydzieści lat, uczeń, który te cudowności po jego śmierci wymyślił – parę tygodni. Kto w niezawisłym sądzie jest bardziej wiarygodny?
    – Gdzie – mówię – jest taki sąd?!
    – W głowie. Rodzina Jezusa i on sam byli zwykłymi ludźmi i daleko im było do świętości. Poniżany chłopaczek powiedział w skrytości: ”Ja wam jeszcze pokażę!”. I pokazał. Sam tego na swoje szczęście nie zobaczył.

  36. aza
    23 kwietnia o godz. 17:21
    Zdrowia, ciepła, kolorów i pogody ducha, azo. Aha, i dobrego snu, który jest tak samo świetnym lekarstwem jak ruch i ani grosza nie kosztuje.

  37. @Jerzy Pieczul
    Jestes niesamowity. Nie czytalem nigdy takiej psychoanalizy Jezusa. No i to sie kupy trzyma !
    Ciesz sie, ze zyjesz w XXI wieku, bo jeszcze ze dwiescie lat temu to by Cie ukrzyzowali. W niektorych Stanach Ameryki to jeszcze dzisiaj by Cie dopadli.

  38. Lewy
    23 kwietnia o godz. 18:01
    Drogi Lewy, niesamowity to jest rower niskopodwoziówka, którego fotkę mi znajomy z Niemiec przysłał. Dokładnie ta sama myśl, z którą ja swoje przerabiałem. Widać można w różnych miejscach wpaść na to samo. Tyle że fotka to ciut mało. Wczoraj jechałem koło nowego rowerowego sklepu i już widziałem z kilometra: taka sama niskopodwoziówka stoi wśród innych na placu! 2600 zł. Gdyby nie to, że nie kupię, to bym kupił. ale niestety: trudnospawalne w polskiej wiosce aluminium, koła 26 (za małe na długie trasy), sześć biegów w piaście, ale w tej samej piaście – elektryczny silnik, tak niewielki i lekki, że coś niesamowitego. Tylko po co mi coś takiego – chcę jechać do wieczności rowerem, nie motorowerem. Ale całkowicie bezinteresowanie – się zachwyciłem.

  39. Choroba, dopiero teraz zauważyłem: w tekście „Święta Rodzina” słowa Świętego – ” – Z Ducha Świętego był poczęty – mówi Święty” – powinny być oddzielone jako odrębna wypowiedź.

  40. Jerzy
    A co takiego cudownego jest w tej niskopodwoziówce?
    Jestem nałogową cyklistką, jeżdżę na zwykłym rowerku 26cali z paroma przerzutkami i nie zastanawiałam się, na czym by mi było lepiej. No, może trochę nad oponami, bo po ostatniej wymianie na węższe ciężko mi na drogach gruntowych, zwłaszcza gdy jest piasek. Może kiedyś, jak zajeżdżę mój rower, nadejdzie pora na nowy i warto pozbierać jakieś opinie znających się na rzeczy ludziuff?

  41. Marit
    23 kwietnia o godz. 18:54
    Jezus Marit, dopiero teraz się ujawniasz jako jednoślad?! Jak masz jeden, nie ma się nad czym zastanawiać. Na długie trasy mam jeden z kołami 28, jako rezerwa – z kołami 26, po mieście i na krótkie wypady do pobliskich lasów – koła 24. Żonie zrobiłem z kołami 20 i 24. W sumie zrobiłem już 12 rowerów niskopodwoziówek. Tylko 28 kosztował w komisie 200 zł, reszta – po 100 zł. Tak więc nie myśl, że skoro tyle rowerów, to jestem jakiś Głódź czy Rydzyk. Niskopodwoziówki wzięły się przez grzyby i w ogóle przez jazdy po lesie, gdzie trzeba często zsiadać i wsiadać. Wprawdzie zadzieram jeszcze nogi powyżej głowy, ale ileż można zadzierać w czasie 5-godzinnej, dajmy na to, jazdy. Co dopiero w czasie 10-godzinnej. Na węższych oponach lżej się jedzie, ale tylko po twardym. Na gruntowych drogach z całą pewnością szerokie są praktyczniejsze, i lepsza amortyzacja. We wszystkich naszych mamy szerokie opony, tylko mój 28 długodystansowy ma wąskie, za to z kewlaru (60 zł sztuka), czyli trudniejsze do złapania kapcia. Jak fajtnę, chętnie zostanę patronem rowerzystów – będziesz się mogła do mnie modlić. A ja – do Ciebie. Bo świętym do samych siebie chyba nie wypada…
    Jak najwięcej więcej, Szanowna Marit, twardych, kolorowych ścieżek tej wiosny.

  42. Jerzy
    Do tej pory podziwiałam cię tylko w milczeniu 🙂 No cóż, daleko mi raczej do twoich wyczynów.
    Może wystarczy po prostu, jak jest to damka? Nie trzeba zadzierać nóg, bo nie ma ramy.
    Pozdrawiam

  43. Marit
    23 kwietnia o godz. 22:25
    Droga Marit, mój mózg pracuje jak u ślimaka winniczka: jak dziś powiesz: „damka”, to ja już za 24 godziny rozumiem, o co chodzi. Więc dziś szybciutko skoro świt kapnąłem się, że „niskopodwoziówka”, jako mój własny termin w odniesieniu do rowerów, nic bliźnim nie mówi. Wyjaśniam: to taka damka, której rama w dolnej części jest dwa razy albo i trzy razy bliżej ziemi niż w fabrycznej, tak że nogi przy wsiadaniu/zsiadaniu prawie wcale nie trzeba podnosić. Znów piękny dzień zmartwychwstał. Miej, Marit, od rowerowego patrona jeszcze piękniejszy. Jadę rowerem w morze. Jeden chodził po wodzie, to może i mnie się w końcu uda.

  44. Jerzy Pieczul
    23 kwietnia o godz. 17:42

    Jerzy. Uczyniłeś honor swojej szkole i jej uczniom publikując na jej stronie ten tekst. Szkoła i jej uczniowie nie poznali się na tym, co może Cię zbliża do roli Proroka, którego w tekście przywołujesz, a na którym ludzie się nie poznali.
    Znaczyłoby to, znaczy to, że ludzie, jak to ludzie, mają swoje dosyć stałe cechy i potrzeby: cechy banalne przez swoją powszechność, potrzeby skromne i praktyczne: pospać, zjeść, pokopulować co nieco, zapalić, wypić, pierdnąć. Zwykły znój życia i potrzeba przeżycia, do czasu przekazania puli genowej dalej. Plus biologicznie egoistyczna potrzeba by jakoś, z małym wysiłkiem i nie nadmierną dolegliwością, ciągnąć to biologiczne życie, skoro w nim nie pytani o zgodę, siedzą. Żeby nuda nie wykończyła wymyślają czasem coś co ją oddali. I to w zasadzie wszystko.
    Niektórzy mają szerzą paletę: potrafią się zwymiotować, choćby na widok Hosera Henryka czy podobnych zjawisk o naturze białkowej.
    Tak więc do szkoły nienadmierne należy mieć pretensje. Tym bardziej, że to zdaje się szkoła formująca ludzi praktycznych: marynarzy wód słodkich. Myśl szybująca wyżej zakłóca sprawności praktyczne, może rozproszyć przy nawigowaniu w zmiennym nurcie rzeki, przez co nastąpią praktyczne problemy.

    Celnie psychologicznie i zgrabnie literacko przedstawiasz rodzinny rodowód Jezusa i jego uwarunkowania życiowe, które skutkowały słowami i czynami o których czytamy. Gros życiowych problemów ludzi ma swoje źródło we wczesnym dzieciństwie. Są to problemy wnikające niezwykle głęboko w psychikę dziecka, które chłonie wszystko. a nie ma żadnych środków obronnych, które może w sobie stopniowo wykształcić wraz z wiekiem. Rzutują one i determinują często całe życie, a są nieuświadomione. Jedne z naczelnych boleści życia małego dziecka i dorosłego człowieka to lęk osamotnienia, nieprzynależność, brak biologicznego i emocjonalnego ciepła. Brak pokarmu pomijam, bo od tego szybko się umiera i temat znika w sposób oczywisty.
    W Nowym testamencie ewangeliści opisują swoje życiowe dramaty, bardzo powszechne wtedy i powszechne dziś. Nie mogą tego mówić wprost, to zbyt bolesne i powoduje odrzucenie przez innych, podobnie jak Twój tekst odrzucili absolwenci szkoły. To tematy tabu, bo to jest sięganie w głąb psyche, która boli. Warunkiem uzdrowienia jest właśnie sięgnięcie do głębi,zobaczenie bólu pod światło i przepracowanie go. Ale pierwej trzeba w ból wejść, a nikt niemal nie chce tego robić, zwłaszcza nie przymuszony sytuacją skrajną.
    Dlatego ewangeliści wymyślili sobie Jezusa. Jako ludzie prości nie umieli wymyśleć historii całkowicie oryginalnej, spójnej i wiarygodnej. Pożyczali więc skąd się dało. Jako Żydzi pożyczali bajki z własnej kultury, coś zwędzili od Rzymian, co nieco zasłyszeli od Greków, Egipcjan, Babilończyków czy nawet buddystów i Indusów. Zrobili z tego zlepieńca, który jest zbiorem fantazmatów, ale w swej istocie jest cenny – bo mówi o prawdziwej i uniwersalnej kondycji człowieka pełnego lęków, osamotnienia, potrzeby przynależności, osoby poobijanej i odbijającej się od okoliczności brutalnego życia.

    Gdybyśmy brali Pismo jako książkę psychologiczną, wychowawczą i jako luźne notatki historyczno-przyrodnicze – byłoby to w porządku.Książkę nudną, przestarzałą w aspekcie ścisłej wiedzy naukowej o tejże historii, astronomii, paleontologii, itp, ale cenną w jednym aspekcie, poza specjalistycznie badawczymi – pokazującą uniwersalność i długotrwałość lęku jako przyczyny i motywu. Tego jak się rodzimy, jak jesteśmy formatowani, co i dlaczego czynimy i dlaczego tak nieudolnie, głupio, nietrafnie. Marząc o dobrym – czynimy źle. Nie dlatego, że szatan nami powoduje, ale dlatego, żeśmy zostali skrzywieni będąc dziećmi i to skrzywienie w sobie, przeciw sobie, chowamy na dnie psyche odmawiając mu realnego istnienia. Odmawiając istnienia – odmawiamy uzdrowienia.

    Niedawno czytałem obszerną rozmowę z abepe Józefem Michalikiem, było to bodaj chwilę przed tym, jak publicznie powiedział o tych dzieciach „co lgną” do dorosłych i kapłanów i ich prowokują. W wywiadzie powiedział rzecz znamienną – że jego dzieciństwo było zimne, puste, pozbawione nie tyle dóbr materialnych, ale ciepła, bliskości, zrozumienia, serdeczności. Rodzina była niepełna, rozbita lub niekompletna. Matka ciężko pracowała, co Michalik ceni, było to warunkiem przeżycia, ale poza tym, że mógł coś włożyć w usta, by trawić, brakowało mu tego co najważniejsze.
    Gdy komuś takiemu trafi w ręce Pismo – znajduje w nim wszytko czego mu trzeba: wyjaśnienie i cel. Zostaje klechą. Zostaje „następcą apostołów”. Identyfikuje się z nimi całkowicie. Jedni z drugimi krzywią się wzajemnie, w trakcie katechezy, w seminarium, w klasztorze. Pismo mówi do nich prawdą o ludzkim bólu i skrzywieniu i niezaspokajalnym marzeniu o niemożliwym: wymazaniu i powtórce od nowa, w sposób pełen ciepła, spokoju, miłości, wewnętrznej siły, przyjaźni. Roją więc fantazmaty. Z kobiety żywej robią fantom kobiety: bez żywej płci, bez cech płciowych i zachowań kobiecych, bez charakteru, bez wad, nierzeczywisty, nieistniejący, ale doskonały, bezpieczny, ale skłamany, landrynkowy, ale niemożliwy. Podobnie ujawniają i kompensują wszelkie inne braki: Jezus jest skromny, jest herosem, mistrzem intelektu, ciętej riposty,jest wytrwały, konsekwentny i potrafi się wkurzyć. A nawet jak zginie, okazuje się, że nie naprawdę. Superman. Jak starszy podziwiany kolega-mistrz z podwórka, co weźmie do własnej drużyny piłkarskiej, nie da nam stać samotnie pod płotem, a jak nas kto obrazi, da mu w dziób. I ciągle jest ideałem. Nie starzeje się, nie miewa humorów, nie nudzimy mu się. Bo tego się boimy – że nasza banalność może kogoś zniechęcić, rozczarować. Jezusowi nigdy się nie znudzimy, nigdy nie powie: łoboże, Kazek, co ty baranie pierdzielisz?
    4/5-te klechów to ludzie skrzywieni, a Michalik jest tego banalnym, bo powszechnym przykładem. On powiedział własną, głęboką prawdę o dzieciach, co „lgną”. On lgnął i do końca życia będzie lgnął. To jest nienasycalne. Ale to jest chore. On tego nie pojmuje, bo nie może. Dlatego kiedy mówi coś takiego i kiedy tysiące klechów gwałci i molestuje dzieci, objawia dramat własnego skłamanego życia. Mówią prawdę o sobie, nieświadomie.Jak apostołowie wymyślający Jezusa, by wyrzucić z siebie nieuświadomione i niewypowiadalne boleści i braki.
    Mówią o sobie i mówią sobie podobnym. Dlatego Kościół jako wspólnota ludzi skrzywionych trwa długo i będzie trwał dopóki będzie jedynym, czy głównym ujściem dla skrzywionych potrzeb. A jego obrońcy nie cofną się przed obrazą, przed pluciem, pobiciem, zabiciem.Oni, nie wiedząc o tym, bronią się przed boleścią i dopuszczeniem do świadomości własnego skrzywienia. Rozum, logika, rzeczowość, rzetelność są im wrogami. Autentyzm wolnego i głęboko prawdziwego człowieka jest im obcy. Mają w sobie autentyzm wzbraniający wolność i pełne człowieczeństwo – ból i skrzywienie. A dalej – tresurę i nawyk wygody tkwienia.
    Cierń w stopie, póki go nie ruszysz, nie boli.
    Dlatego tak wielu wierzących popada w skrajny cynizm i skrajny infantylizm: co złego to nie ja (Bóg). To Ździchu. Niezawinione i nieakceptowalne cierpienie maskują, byle nie dozwolić na ludzkie spojrzenie. Bóg-tyran, Bóg-morderca, jest dobrem najwyższym. Dał człowiekowi wolność, którą głoszą, a której nie mają, by twierdzić, że Bóg cierpi z tymi co cierpią. Nigdy nie mogą pomyśleć, że Bóg-Wszechmogący mógł co nieco inaczej wymyśleć człowieka. Byłoby normalniej, bardziej po ludzku, jak chcemy. Ale skrzywieni nie mogą mieć jak by chcieli, ich życiorysy już zostały napisane, a stłumiona potrzeba rewanżu nazbyt silna: niech inni mają jak ja.
    Mogą tylko roić. Konsekwencja jest nieusuwalna: rojąc krzywią innych – najczęściej zaczynają od własnych dzieci. A te – skrzywione, powtarzają historie rodziców. To jest prawdziwe perpetuum mobile.

  45. Tanaka
    24 kwietnia o godz. 10:05
    Ukłon do ziemi, drogi Tanako, za tę przenikliwą analizę mieszanki autentyczności z nieautentycznością zwanej „człowiekiem”, który jest też nieustającym konfliktem marzenia z dosłownością bytu. Świetnie rozumiesz też, że nie inny był Jezus bądź jego obraz w wyobraźni ewangelistów i oni sami. Chyba wypełniłeś mnie swoimi refleksjami na cały dzień. Lecę pokosić (kosą, a nie tam) trawę na działce i przejechać z 40 km przed jutrzejszymi dziewięćdziesięcioma. Bywaj zdrów jak buk w Alei Bukowej, która ma 200 lat.

  46. @Jerzy Pieczul
    Piękne życzenia, takich nigdy nie otrzymałam, ale cóż, wiadomo, tylko człowieka z klasą na to stać.
    Osobiście bardzo się cieszę, że jeszcze raz ukazało się ” Zmartwychwstanie „, bo naprawdę jak widać po odzewie było potrzebne, i to nie tylko dla dużej dawki humoru w nim zawartej, ale głębokiej refleksji jakie w sobie nosi / oczywiście tekst, a nie ten pseudo cud /.

  47. aza
    24 kwietnia o godz. 16:51
    Azo, wielkiej wrażliwości Damo, siadaj mi jutro na łeb i pedałujemy. A Ty się tylko rozglądaj i przeżywaj niesamowite – bo się rodzi życie – okoliczności przyrody. Chyba że chluśnie większy deszcz. Też piękna rzecz, ale nie mam przeciwdeszczowych okularów z wycieraczkami. Celem ma być Słupsk, potem wydmy łebskie jeszcze bez człekokształtnych małp i z powrotem.

  48. Jerzy Pieczul
    24 kwietnia o godz. 18:51

    Azę ładnym i zgrabnym słowem zaopatrujesz, ale mnie nie zmylisz: jestem pewien, że masz przeciwdeszczowe oczy i okulary z silniczkami nie są Ci potrzebne. Dasz radę w każdych warunkach, co z uznaniem obserwuję. Udanej jazdy w pięknych okolicznościach przyrody!

  49. Piękny tekst, dziękuję Panie Redaktorze.

  50. @Jerzy Pieczul
    Dziękuję za zaproszenie na wycieczkę, z której niestety, ale już musiałam wrócić.Przysiadłam delikatnie na ramieniu i wyrażam nadzieję, że nie było ciężko pedałować. Ja tego nie mogłam czynić, bo nie sięgałam do pedałów, a poza tym były tylko dwa.
    Ze mnie już żaden cyklista. Po operacji kręgosłupa mam z tym trudności. Za to mogę pochwalić się swoim zięciem, który jest kolarzem amatorem i to odnoszącym bardzo duże sukcesy. Dzisiaj poleciał do Barcelony a stamtąd do Maroka, aby wziąć udział w wyścigu, chyba 7-dniowym. Myślę więc, że moje akcje tak bardzo nie spadną.
    A u nas na Warmii wiosna pełną parą; mieszkam na wsi, nad cudnym , blisko 1000 ha jeziorem po którym cały czas/ jak możemy/ żeglujemy z mężem. Zimą natomiast dużo jeździmy na łyżwach i biegówkach – po jeziorze, rzecz jasna.
    Woda, las i zwierzęta to jest to co kochamy najbardziej / oczywiście nie licząc wnusi-cud natury/.

  51. Janek Bałwan Pierwszy zaprezentował logikę koguta, który oznajmia, że słońce wschodzi na skutek jego pienia. Ale są lepsi od Janka:
    http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/stanislaw-dziwisz-o-nieopublikowanych-notatkach-jana-pawla-ii/nv6l6