7.05.2012
poniedziałek

Profesorowie szczerzy do bólu, bo na emeryturze

7 maja 2012, poniedziałek,

Największym problemem rodzimego życia publicznego i intelektualnego jest pełzający konformizm

1.
Lepiej późno, chce się rzec, niż wcale. Tak można skwitować ostatni przypływ szczerości zacnych profesorów na temat kondycji rodzimej edukacji.

Oto profesor Jan Stanek postanowił wyznać, niemal jak na spowiedzi, co myśli o rodzimych uniwersytetach: „Pisze do Was profesor fizyki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, już w wieku przedemerytalnym, nienależący do żadnej partii politycznej, niepełniący żadnej funkcji kierowniczej, niestarający się o żadne stanowisko (…) Czuję się w obowiązku zwierzyć się Wam z bardzo przykrej tajemnicy. Nie jesteście – większość z Was – dobrze wykształceni, a jedynie tak Wam się wydaje. Zostaliście oszukani najpierw przez nauczycieli, a potem przez wykładowców”.

W podobnym duchu sprawę przedstawia profesor Ewa Nawrocka z Uniwersytetu Gdańskiego, która w słynnym już wykładzie mówi wprost: „Wyższe uczelnie udają, że kształcą, studenci udają, że studiują. Czas to zmienić, bo mamy już katastrofę”. A w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” przyznaje, skąd dziś bierze się ten jej przypływ szczerości: „Moja odwaga jest tania, bo mam 70 lat i za trzy miesiące przechodzę na emeryturę. Oderwę się od tego wszystkiego, będę miała więcej czasu dla wnuków”.

Mocne? Jasne!

2.
A jednak – ten przypływ szczerości, to nagłe poczucie odpowiedzialności, ta odwaga narażenia się kolegom po fachu i studentom – to wszystko nie budzi mojego entuzjazmu. Dlaczego?

Po pierwsze, jasno z obu wypowiedzi wynika, że profesorowie zdecydowali się walić „prawdę” między oczy, kiedy już nie mają nic do stracenia, gdy nie starają się o żadne stanowiska, gdyż – krótko – wszystko im jedno, bo ciepła emerytura za pasem. Z rozbrajającą szczerością mówi o tym prof. Nawrocka. Tyle, że to nie jest tania odwaga. Dużo przemawia za tym, że w obu postawach można się dopatrzeć oportunizmu.

Po drugie, i prof. Stanek, i prof. Nawrocka brali przecież odpowiedzialność za kształt nauczania swoich studentów. Nikt nie bronił im wymagać od swoich żaków więcej. Nikt nie stał im na przeszkodzie, by uczyli z pasją. Tyle, że duża część profesorów i wykładowców przez ostatnie 20 lat nie tyle nauczała, co biegała od uczelni do uczelni, by zarabiać kasę.

Innymi słowy: wykładowcy w dużym stopniu patrzyli na stan swojego portfela, a nie na jakość swojego nauczania. Dziś biją na alarm, bo w wyniku niżu demograficznego i reformy szkolnictwa wyższego duża część wykładowców straci swoje liczne etaty. Co ważne, stracą je także dlatego, gdyż zmienia się świadomość młodych ludzi, którzy wiedzą już, że studia niekoniecznie gwarantują pracę. A to sprawia, że młodzi inaczej rozpoczynają drogę swojej kariery zawodowej niż poprzez zdobycie dyplomu.

Po trzecie, profesorowie Stanek i Nawrocka nie są szeregowymi pracownikami uniwersytetów. Mogli wpływać na ich kształt i reformę. Powiedzmy to wprost: nie ma tak złego systemu edukacyjnego, w którym nie można by dobrze i z pasją uczyć studentów. I nie ma tak doskonałego systemu kształcenia, w którym nie można by źle i bez namiętności uczyć żaków.

Po trzecie, uniwersytety nie tylko w Polsce, ale niemal na całym świecie są w kryzysie. Doskonale pokazuje to książka „Wolność, Równość, Uniwersytet”, którą opublikował Instytut Obywatelski. Jest to praca zbiorowa, gdzie badacze z Polski, Niemiec, Włoch, Finlandii, Malty, Francji próbują odpowiedzieć na następujące pytania: Co oznacza autonomia uniwersytetu dzisiaj? Czy możliwa jest jeszcze wolność badań, swoboda wypowiedzi, nieskrępowana zewnętrznymi uwarunkowaniami bezinteresowna myśl?

Dalej: czy coraz większa zależność europejskich uczelni od polityki i finansów gwarantuje jeszcze uniwersytetowi miejsce najważniejszej instytucji ideotwórczej, odczytującej świat oraz wyznaczającej myślenie o nim? To, że łatwych odpowiedzi już nie ma, wie nawet dziecko!

I rzecz ostatnia: tylko ci, którzy liczą na naszą naiwność, mogą nam wmawiać, że amerykańskie uniwersytety, co często w Polsce uchodzi za niepisany dogmat, to ideał akademii, gdzie o nic innego nie idzie, jak tylko o prawdę. Mit ten burzy Lindsay Waters w niewielkiej, acz błyskotliwej książeczce „Zmierzch wiedzy. Przemiany uniwersytetu a rynek publikacji naukowych”. Dowodzi on, że subtelni badacze sonetów Petrarki czy powieści Prousta uczestniczą w takim samym wyścigu szczurów, jak menadżerowie korporacji w boju o fotel prezesa i wyższe gaże.

3.
Co prawda z innej branży, ale w podobnym, posypującym głowę popiołem duchu, bił się w piersi na łamach „Polityki” były już dziennikarz „Gazety Wyborczej” Wojciech Jagielski. Znany reporter, gdy już pożegnał się z redakcją „Gazety”, wyznaje: „Sprzedawaliśmy głupotę na masową skalę i teraz mamy odbiorców wychowanych na tej głupocie”.

Przepraszam, że już drugi raz powołam się na swój tekst, ale już kilka lat temu pisałem: „Wyobraźmy sobie, że do Polski przyjeżdża intelektualista, który nic nie wie o naszym kraju, ale chciałby się szybko czegoś dowiedzieć. ‘Pozwólcie mi przez tydzień oglądać wasze programy publicystyczne i czytać wasze gazety – proponuje – a powiem wam, w jakim kraju mieszkacie’. I jeśli ów intelektualista chciałby być uczciwy, to obawiam się, że po tygodniu musiałby stwierdzić jedno: ‘To nie jest kraj dla myślących ludzi’”. A nie jest, jeśli oceniać go tylko po poziomie naszych mediów.

4.
Trudno oprzeć się wrażeniu, czytając te słuszne skądinąd uwagi zacnych profesorów i znanego reportera o naszej edukacji czy kondycji mediów, że dziś odwaga mocno potaniała. Bo ich głosy pojawiają się w chwili, gdy już nic nie mają do stracenia: jedni, bo idą na emeryturę, inni, gdy zmieniają redakcję. I dlatego ostatnie zdanie musi brzmieć gorzko: największym problemem rodzimego życia publicznego i intelektualnego jest pełzający konformizm.

3.05.2012
czwartek

Po co Polsce lewica?

3 maja 2012, czwartek,

Parafrazując samego Leszka Millera, można rzec: „Nowe było, ale się nie sprawdziło. Wróciło stare, tyle, że nie jest już jare”
1.
1 maja miał być dniem, w którym lewica zapowiadała pokazać swojej siły. Miła zaprezentować idee i pomysły, jak skutecznie budować rozumne państwo opiekuńcze w dobie płynnego kapitalizmu. Miała w końcu przekonać Polaków, że pogłoska o jej śmierci jest zdecydowanie przesadzona. Tyle, że – miast pokazu siły i nowych idei – zobaczyliśmy skaczących sobie do gardła liderów. Miller kontra Palikot.

Kto wygrał ten pojedynek?

2.
W zasadzie nie ważne, gdyż wiadomo, kto go przegrał. A przegrała go idea socjaldemokratyczna. Bo jaki jest dziś największy problem polskiej lewicy? Ano jest nim wiarygodność obu liderów.

Leszek Miller już zawsze będzie musiał się tłumaczyć z tego, że chciał w Polsce wprowadzać podatek liniowy. Jak na człowieka lewicy pomysł to tyleż ekstrawagancki, co ideologicznie zabójczy.

Janusz Palikot, choć nie wiem, jak często chciałby ściągać krzyże z sejmowych ścian, zawsze będzie musiał się tłumaczyć z tego, że finansował ultrakatolicki tygodnik „Ozon” i wspierał budowę nad Wisłą Pokolenia JP2. Z jakim skutkiem, wiadomo.

Jak widać, każdy z liderów lewicy ma swoje miękkie podbrzusze. I, co ciekawe, dość skutecznie każdy z nich ten słaby punkt drugiego wykorzystuje w bieżącej politycznej grze.

3.
Ale nie to jest nawet największą zmorą polskiej lewicy. Jest nią, by tak rzec, zmęczenie. Brak świeżości, porywającej, nowej wizji. Ani przemówienie Millera, ani przemówienie Palikota nie były nową jakością.

Miller przemawiał, otoczony starymi działaczami SLD i związkowcami z OPZZ. Nie powiedział ani jednego nowego zdania, nie rzucił ani jednej nowej idei, która warta byłaby zapamiętania i rozważenia. Trudno za taką uznać podatek 50 proc. dla najlepiej zarabiających.

Parafrazując samego Millera, można rzec: „Nowe było, ale się nie sprawdziło. Wróciło stare, tyle, że nie jest już jare”. SLD zrobiło piknik, a nie zjazd, na którym przedstawił poważną ofertę programową i ideową dla Polski.

4.
Palikot przemawiał w Sali Kongresowej, gdzie dominujące hasło brzmiało: „Pełne zatrudnienie, zero bezrobocia. Teraz!”. Oprawa spotkania przypominała trochę zjazd korporacyjny, którego zadnie polegało na mobilizacji członków. Pod względem intelektualnym, świeżości opisu świata, Palikot – co trzeba przyznać – bije na głowę starego wygę Millera.

Rozumie on, bo czyta chyba coś więcej niż polskie gazety, że kapitalizm, jaki znamy, kończy się na naszych oczach. Co więcej, wiedzą to masy bezrobotnych, które wylegają, wciąż jeszcze, na szczęście, pokojowo, na ulice Aten, Madrytu, Londynu czy Lizbony.

Rozumieją to doskonale młodzi Oburzeni, którzy mają dość świata, gdzie nie ma już szans ani na dobrą edukację, ani na dobrą pracę. Mając to w tyle głowy, Palikot jak bodaj nikt inny w ostatnich 20 latach, zaatakował kapitalizm mówiąc, że nie dał Polakom, „ani takiej odpowiedzialności, ani zaufania, ani miejsc pracy, ani odpowiednio wysokiej płacy”.

Sęk w tym, że dziś nikt, kto ma odrobinę oleju w głowie i politycznego instynktu nie powie, że wolny rynek sam wszystko załatwi. Co więcej, przekonanie to żywią rządy centroprawicowe, które w bardzo mądry sposób zdystansowały się od dzikiego kapitalizmu, przekonując, że kryzys jest efektem tak zwanego anglosaskiego podejścia do rynków finansowych, który opiera się na całkowitej deregulacji.

A przecież należy pamiętać, mówił w rozmowie ze mną Roland Freudstein, vice szef Centre for European Studies, że centroprawica kontynentalna, w dużej większości, nigdy nie akceptowała anglosasko-kapitalistycznego podejścia do gospodarki. Innymi słowy: jądro centroprawicy europejskiej, jeśli idzie o podejście do gospodarki, ma korzenie chrześcijańskie, co sprawia, że kładziemy mocny nacisk na osłony socjalne. Bez obaw więc mogliśmy mówić, że za kryzys odpowiedzialna jest z jednej strony anglosaska mania deregulacyjna, z drugiej lewicowa obsesja subwencjonowania nierentownych przedsiębiorstw” (zob. http://www.instytutobywatelski.pl/5503/komentarze/czy-centroprawica-uratuje-unie).

5.
Tak czy siak: pytanie po 1 maja 2012 r., po co Polsce lewica, wciąż nie doczekało się jasnej odpowiedzi.

24.04.2012
wtorek

Biskup Dydycz na posterunku

24 kwietnia 2012, wtorek,

Co, jak co, ale każdy biskup, a biskup Antoni w szczególności, na prawdzie się po prostu zna. By nie rzec, że wyssał ją z mlekiem matki

1.
Biskup Antoni Pacyfik Dydycz, kapucyn, jest ordynariuszem diecezji drohiczyńskiej. To tam, zgodnie z prawem kanonicznym, rządzi i dzieli. Ale, jak pokazują ostatnie wydarzenia, biskup nie zamierza się ograniczać. Tym bardziej, że robota duszpasterska pali mu się w rękach.

Dlatego podczas mszy św. na Placu Trzech Krzyży, tuż przed rozpoczęciem marszu w obronie wolnych mediów i na rzecz przyznania TV Trwam miejsca na cyfrowym multipleksie, wygłosił słowo otuchy dla licznie zgromadzonych wiernych Kościoła Radia Maryja, zwolenników PiSu Jarosława Kaczyńskiego i zwolenników Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry.

„Gromadzimy się w sercu Warszawy – wołał biskup Dydycz – aby otwarły się wszystkie możliwości, aby nie było zakazów i trudności, które nie są niczym uzasadnione, chyba poza nienawiścią do prawdy i wrogością do własnego narodu”.

Prawda zatriumfuje, a i nienawiść w miłość się przerodzi, gdy – jak jeden mąż – zgodzimy się z biskupem Dydyczem. Co, jak co, ale każdy biskup, a biskup Antoni w szczególności, na prawdzie się po prostu zna. By nie rzec, że wyssał ją z mlekiem matki.

2.
Biskup Dydycz musi mieć też dużo wolnego czasu. Jedzie przecież przez pół Polski z Drohiczyna do Warszawy, by słowo prawdy w serca ludzi wlać. To pokazuje niezbicie dwie rzeczy.

Po pierwsze, że może diecezja drohiczyńska jest niepotrzebna i należałoby ją zamknąć, skoro biskup Antoni do warszawskiej roboty się pali. Plus tej operacji taki, że likwidując diecezję drohiczyńską, kurię, seminarium…, Kościół zaoszczędziłby trochę grosza. Mógłby więc ten grosz przeznaczyć na biednych i potrzebujących. Albo, na emerytury dla księży.

Po drugie, zachodzę w głowę, gdzie był prawowity duchowy zarządca diecezji warszawskiej, czyli abp Kazimierz Nycz w czasie, gdy mu biskup Dydycz ewangelizację w mieście organizował. Chyba, że teraz, w ramach rewanżu, abp Nycz pojedzie ze słowem prawdy do Drohiczyna.

Tak czy siak, gdy idzie o głoszenie prawdy, o „obronę słabych i pokrzywdzonych”, biskup Antoni Dydycz zawsze jest na posterunku. I zawsze do roboty gotowy.

15.04.2012
niedziela

My, samotni i nieszczęśliwi

15 kwietnia 2012, niedziela,

Przypominamy „moralne kaleki” tresowane przez „płynny kapitalizm” do tego, by cierpieć udręki w samotności zamiast zdobyć się na wysiłek praktykowania szczęścia poprzez solidarność z drugim

1.
Jeden ma na imię Philippe, drugi ma na imię Driss. Pierwszy jest białym Europejczykiem, drugi Afrykańczykiem z Senegalu. Pierwszy jest bogaty, drugi jest biedny. Pierwszy jest intelektualistą, drugi jest barbarzyńcą. Pierwszy jest przykutą do wózka kaleką, drugi silny i wysportowany. To dwa światy, które – na pierwszy rzut oka – nie mają się prawa spotkać. Jeśli zaś jakimś cudem by się nawet zeszły, to nie mają prawa się zaakceptować. Nie mają?

2.
A jednak do takiego spotkania – dwóch, nieprzystawalnych do siebie światów – doszło. I o takim spotkaniu opowiada film „Nietykalni”, który został nakręcony na kanwie autentycznej historii. Film, który, z jednej strony bawi, z drugiej wzrusza. Ale dla mnie jest to przede wszystkim film, w którym niczym w zwierciadle – odbija się nasza współczesna kondycja. I jej znak szczególny: SAMOTNOŚĆ.

Philippe i Driss, gdy żyją w swoich oddzielnych, zamkniętych, dobrze znanych i oswojonych światach, pierwszy w swoim bogactwie, drugi na swoich przedmieściach, są radykalnie nieszczęśliwi. A są nieszczęśliwi, gdyż są samotni.

Dopiero, gdy los krzyżuje ich drogi, zmienia się także ich życie. Rodzi się między nimi solidarność. I przyjaźń, która każdemu z nich pozwala na nowo odkryć sens życia. W tej historii potwierdza się stara prawda, że – jak powiadali Ojcowie Kościoła – ani Bóg, ani człowiek nie jest samotnikiem.

3.
Ale dlaczego ten banalny film jest tak chętnie oglądany? Nie tylko zresztą przez Francuzów, gdzie został wyprodukowany. Także przez Polaków. Czyż nie dlatego, że opowiada o wartościach, które na własne życzenie wyrzuciliśmy na śmietnik? Że mówi o solidarności i przyjaźni, które – w dobie płynnego konsumeryzmu – uznaliśmy za zbyt uciążliwe i staroświeckie?

Dziś, zachwycając się przyjaźnią Philippe’a i Drissa zdradzamy, jak bardzo jesteśmy samotni, i jak bardzo tęsknimy za autentyczną przyjaźnią. Sęk w tym, że nie jesteśmy gotowi kiwnąć choćby palcem w bucie, by ową przyjaźń i solidarność pielęgnować w naszym życiu.

Krótko: przypominamy „moralne kaleki”, tresowane przez „płynny kapitalizm” do tego, by cierpieć udręki w samotności zamiast zdobyć się na wysiłek praktykowania szczęścia poprzez solidarność z drugim.

Czyż takie życie nie przypomina piekła?

„Nietykalni”, reż. Olivier Nakache, Eric Toledano, prod. Francja, 112 min

9.04.2012
poniedziałek

Po co biskupom święta?

9 kwietnia 2012, poniedziałek,

1.
Święta, święta i… po świętach. Ale, zaraz, jakie to były święta? Zasadniczo, jeśli były to święta religijne, to wystarczy posłuchać kazań biskupów, by rozwiać wszelkie wątpliwości.

No to posłuchajmy!

2.
Szef Episkopatu, abp Józef Michalik: „Kościół, to znaczy my wszyscy, my tu obecni w kościele, biskupi zjednoczeni z ludem, może przegrywać z rządem, z politykami. Ale dobrze wiemy, że nie wolno nam przegrać z narodem (…) Bolesne jest to, że niejednokrotnie rządzący nie chcą tego narodu słuchać w różnych sytuacjach”.

Bp Antoni Dydycz: naród jest „oszukiwany, grabiony i pozbawiany nadziei na przyszłość przez różne elity władzy”.

Abp Sławoj Leszek Głódź: „targany jest naród i społeczeństwo, jeśli są zaskakujące, często nieprzemyślane reformy, nerwicowość zarządzeń: tak było z zarządzeniem dotyczącym nauczania religii, tak było z przygotowaniem reformy służby zdrowia, szczególnie tej odnoszącej się do hospicjów i szpitali i zrównania ich z instytucjami prowadzącymi działalność gospodarczą”.

Kard. Kazimierz Nycz: polityka „stała się często zabawą dorosłych ludzi, walką nie tylko na słowa, walką jeden przeciw drugiemu bez porządkującej idei dobra państwa i dobra wspólnego”.

Abp Władysław Ziółek: „Co jakiś czas usiłuje się zamknąć wiarę w przestrzeni prywatności lub świątyni. Próbuje się ją ośmieszyć”.

Może już wystarczy, choć ci, którzy mają zdrowie, łatwo znajdą wiele analogicznych myśli „ubogacających”.

3.
A więc słuchając tego, co w czasie świątecznych kazań mówili biskupi, doprawdy trudno się zorientować, że mieliśmy (czy, jak kto woli, przeżywaliśmy) święta Zmartwychwstania Pańskiego.

Po cóż więc biskupom święta? Ja nie wiem. Chętnie posłucham, co Państwo mają do powiedzenia…

PS

Słowo do mojego poprzedniego wpisu pt. „Krótka mowa na Wielkanoc”. Czytelnik Valkyria zarzucił mi, że prowadzę ukrytą ewangelizację na stronie polityka.pl. Myślałem, że akurat ja nie muszę nikogo przekonywać, że nie jestem wielbłądem, i że nikogo nawracać nie zamierzam. Ale, skoro oskarża się mnie o niecne kucie ewangelizacyjne, wyjaśniam: jeśli nie wierzysz, że Jezus z Nazaretu zmartwychwstał, a troszczysz się o wykluczonych, jesteś tolerancyjny i szanujesz każdego człowieka, czynisz ten świat lepszym! A to jest najważniejsze.

Po drugie, mój poprzedni wpis celowo był, nazwijmy go, medytacyjny. Jego cel polegał na skłonieniu do zadumy, zaufaniu wierze. Chciałem, by był tym, czym jest poniekąd sama „logika wiary”: paradoksem. Chciałem też, by wpis ten kontrastował z tym, co usłyszeliśmy w czasie biskupich kazań (a miałem przypuszczenie, graniczące z pewnością, że więcej biskupi będą mówić o polityce niż wierze). Jeśli to jest knucie, które Was drażni, to przepraszam.

Sypię głowę popiołem, obiecuję poprawę.

6.04.2012
piątek

Krótka mowa na Wielkanoc

6 kwietnia 2012, piątek,

1.
Jeśli wierzysz, że Jezus z Nazaretu rzeczywiście zmartwychwstał, nie możesz nie być solidarny z potrzebującymi.

2.
Jeśli wierzysz, że Jezus z Nazaretu rzeczywiście zmartwychwstał, nie możesz nie być tolerancyjny.

3.
Jeśli wierzysz, że Jezus z Nazaretu rzeczywiście zmartwychwstał, nie możesz nie szanować każdego człowieka, bez względu na jego przynależność polityczną czy orientacje seksualną.

4.
Kochasz, jeśli wierzysz, że Jezus z Nazaretu zmartwychwstał. A to znaczy, że możesz robić, co chcesz!

1.04.2012
niedziela

Boże, ksiądz a mówi jak człowiek

1 kwietnia 2012, niedziela,

1.
I teraz, Drodzy Czytelnicy, uznacie zapewne, że się czepiam. Że, jak to się mówi, szukam dziury w całym. Tym bardziej, że idę trochę pod prąd temu, co napisał sąsiadujący ze mną na stronie polityka.pl Adam Szostkiewicz.

Autor „Polityki” jest mi bliski nie tylko dlatego, że cenię jego publicystykę. Jest mi bliski przede wszystkim dlatego, że uczyłem się od Adama rzemiosła dziennikarskiego, kiedy zaczynałem pracę w starym „Tygodniku Powszechnym”, gdzie Adam pełnił rolę jednego z najciekawszych piór. W tym sensie jestem poniekąd Adama uczniem.

2.
A sprawa dotyczy rozmowy z ks. Wojciechem Lemańskim. Rozmowa wzbudziła spore ożywienie, szczególnie w internecie, zyskując dużą aprobatę wśród tych, którzy najczęściej chodzą po kościelnych obrzeżach.

Dlaczego? Okazuje się bowiem, że ks. Lemański mówi ludzkim głosem, gdy przekonuje, że Kościół w Polsce nie jest wcale biedny i należy zlikwidować Fundusz Kościelny, że księża nie stoją blisko ludzi, że biskupi milczą w ważnych dla opinii publicznej sprawach, że nie bronią tych, którzy są słabi i wykluczeni, że nie reagują na antysemickie wybryki…

Jak widzicie, wszystko to piękne, wszystko to słuszne, wszystko to z gruntu chrześcijańskie!

3.
Dlaczego więc kruszę kopię zamiast bić brawo? Otóż mam już chyba dość sytuacji, gdy w Polsce opinie księdza, tylko dlatego, że są to opinie księdza, który mówi – jak rzekłem – „ludzkim głosem”, są przyjmowane z nieskrywanym entuzjazmem i cudownym zdziwieniem. „Boże, ksiądz, a mówi jak człowiek”.

Tymczasem ks. Lemański z punktu widzenia Ewangelii mówi rzeczy oczywiste. Nie ma innego chrześcijaństwa, jeśli się czyta Ewangelię i bierze ją na serio, niż chrześcijaństwo otwarte, pokorne, służebne, przyjazne. A więc takie, jakie prezentuje ks. Lemański.

Moja propozycja więc brzmi: nie dziwmy się z nieskrywanym entuzjazmem temu, co mówi ks. Lemański i jemu podobnie myślący księża. Nie ma powodu do chwały, gdy robią, czy mówią to, co robić i mówić winien każdy autentyczny wyznawca Jezusa z Nazaretu. Raczej piętnujmy to, co mówią i robią ci, którzy zapomnieli, kiedy po raz ostatni trzymali Ewangelię w ręku.

30.03.2012
piątek

Najgorętsza rozmowa tygodnia

30 marca 2012, piątek,

1.
A oto i jej bohaterowie: prezydent Barack Obama i wciąż jeszcze prezydent Dmitrij Miedwiediew. Panowie ucięli sobie pogawędkę podczas szczytu nuklearnego w Seulu. Nie wiedzieli tylko, że ich wymiana zdań jest nagrywana.

Obama zagaja, klepiąc Miedwiediewa po ręku: „To moje ostatnie wybory. Po mojej reelekcji będę bardziej elastyczny”.
 Dmitrij kiwa głową, odpowiadając: „Rozumiem, przekażę tę wiadomość Władimirowi”.

2.
W Ameryce trwa kampania. Republikanie, na czele z mającym największe szanse otrzymania republikańskiej nominacji Mitta Romney’a, rzucili się Obamie do gardła, argumentując, że obecny lokator Białego Domu nie ma – mówiąc najdelikatniej – kręgosłupa. A brutalnie: „jaj”. Z Moskwą albo się rozmawia twardo, albo wcale. Romney poszedł w krytyce najdalej, nazywając Rosję „wrogiem geopolitycznym numer jeden”.

Pompowanie Rosji, jak czynią to republikanie, która jest cieniem swojej dawnej potęgi, ma niewiele wspólnego z politycznym realizmem, dużo z kampanią wyborczą.

3.
Czy Obama rzeczywiście, ucinając sobie tę pogawędkę z Miedwiediewem, był absolutnie szczery, czy raczej był to przejaw politycznej kurtuazji? Słowa Obamy można interpretować przecież tak: „Słuchaj Dmitrij, dziś dla mnie najważniejsza jest kampania. Jak wygram, wrócimy do wszystkich spraw”.

Bo czy Obama rzeczywiście jest aż tak naiwny, jak chcą republikanie, by ufać przywódcom rosyjskim tak, jak ufa się swojemu spowiednikowi? Oczywiście, że nie.

Jeśli już o naiwności mowa, to z pewnością zdradził ją republikański prezydent G.W. Bush, który przekonywał, i to publicznie, za co mu chwała, że „zajrzał w oczy Putina” i ujrzał tam duszę demokraty.

Hillary Clinton, która dziś jest sekretarzem stanu w administracji Obamy, w 2008 roku tak komentowała słowa republikańskiego prezydenta: „Putin był agentem KGB, toteż duszy nie ma z definicji”.

Obecny duet Obama-Clinton nie ma co do Rosji złudzeń. Ale ma też świadomość, że Rosji nie należy demonizować.

4.
Czy zatem Obama nie popełnił błędu, ucinając sobie „pogawędkę” z Miedwiediewem?

Jasne, że popełnił błąd – i to duży. Tym bardziej, że kampania wyborcza w USA właśnie się rozkręca. Dostarczył amunicji swoim politycznym przeciwnikom, którzy teraz mogą ożywić trafną kiedyś, dziś już nieaktualną, figurę Rosji jako „imperium zła”. Nic tak szybko nie daje politycznych głosów, jak nakręcanie polityki, która wywołuje w ludziach poczucie strachu przed wyimaginowanym wrogiem. Republikanie są w tym mistrzami.

Co więcej: w polityce wygrywa bój nawet nie ten, kto zrobi więcej rzeczy słusznych i dobrych. Bój wygrywa ten, kto zrobi mniej błędów. Obama zaliczył błąd, którego mógł i powinien uniknąć.

25.03.2012
niedziela

Prawicowy rój czyli Kaczyński, Jurek i Ziobro

25 marca 2012, niedziela,

1.
Na prawicy, jak zawsze, ruch. Bo jakoś tak się składa, że na zimę prawica się dzieli, mówiąc nam, że – jak się właśnie podzieli – to wtedy szybciej dojdzie do władzy.

Wiosną z kolei prawica się łączy, mówią nam – jakżeby inaczej – że jak się zjednoczy, to dopiero wtedy uda jej się przejąć władzę.

Tak czy siak: zarówno wtedy, gdy prawica się dzieli, jak i wtedy, gdy prawica się łączy, Polacy są niewzruszeni. I władzy prawicy oddać za Boga nie chcą.

2.
Ale, jak się rzekło, na prawicy najważniejszy jest ruch. Tak więc, najpierw Marek Jurek wychodzi z PiS, by teraz – w świetle kamer – do PiS wrócić. Po kilku latach próby budowania samodzielnego bytu politycznego, po otwartym wsparciu dla heroicznego polityka Jurka samego szefa Episkopatu, abpa Michalika, Jurek ma dość tułaczki po marginesach rodzimej polityki. Znów więc przysuwa się do piersi Jarosława Kaczyńskiego, gdyż tylko przy tej piersi mógł cieszyć się apanażami płynącymi z zasiadania w ławie poselskiej.

Jarosław Kaczyński, jak wiemy, lubi przyjmować skruszonych polityków pod swoje skrzydła. Taki przecież skruszony Jarosław Sellin, taki skruszony Kazimierz Ujazdowski teraz już wiedzą, że jeśli coś znaczą, to tylko u boku prezesa.

Z drugiej strony, skruszony polityk daje szansę, by wódz mógł okazać łaskę. I Jarosław Kaczyński korzysta z łaski pełnymi garściami. Dlatego jego przydomek winien brzmieć: Jarosław Kaczyński Łaskawy.

3.
Dziś jeszcze tylko Ziobro, Zbigniew Ziobro, próbuje wybić się na niepodległość. Udowodnić, że jest w stanie działać, odcinając pępowinę od PiS. Zakładając swoją partyjkę Solidarna Polska, tworzy – jak mówi – drugie płuco prawicy. Tworzy tak usilnie, że wyborcy nie mają pojęcia, po co Ziobrze partia, skoro mówi to samo, co mówi Kaczyński. Ba, skoro mówi nawet tak samo, jak mówi Kaczyński.

Gdy więc wyborca staje przed dylematem, brać oryginał, czyli PiS, czy postawić na podróbkę, czyli Solidarną Polskę, to wybiera – rzecz jasna – oryginał. Ziobro, wcześniej czy później zrozumie, że odrywając się od „Kaczyńskiego cyca” popełnił życiowy błąd. Ale, jak znam życie, przy mediacji człowieka o tak życzliwej i konsensualnej naturze, jaką posiada o. Rydzyk, dojdzie w końcu do pojednania Kaczyński-Ziobro.

Tyle, że z „delfina”, którym do niedawna był Ziobro, zostanie mu przydzielona rola szatniarza. Ale, jak człowiekiem Ziobry od strategii jest Jacek Kurski, to nie może być zaskoczenia, że przyjdzie też za to zbierać srogie cięgi.

4.
Prawicowy rój, by użyć metafory Zygmunta Baumana, pracuje więc bez wytchnienia. Tyle, że z tego brzęczenia, z tej ruchliwości, z tej paplaniny, z tego łączenia się i dzielenia, nic na razie sensownego nie wynika. Krótko, rój ten miodu nie da. I, na szczęście, Polacy mają tego pełną świadomość.

18.03.2012
niedziela

To jest jawność, nie dyktat

18 marca 2012, niedziela,

1.
Żywiołem demokratycznego życia jest przejrzystość. Demokracja nie działa dobrze, gdy decyzje podejmowane są w zaciszu gabinetów. Bez społecznych konsultacji. Bez publicznej dyskusji. Koronnym przykładem, że obywatele mają się prawo wkurzyć i wkurzają, gdy o ich losie i ich pieniądzach decyduje się za kulisami, jest bunt przeciw ACTA.

2.
Jest jasne, że rząd na sprawie ACTA poparzył się na tyle boleśnie, iż teraz będzie dmuchał na zimne. Dlatego, idąc na zeszłotygodniowe spotkanie z biskupami, które dotyczyło także likwidacji Funduszu Kościelnego, rząd wyłożył karty ma stół. Propozycja brzmi: Polki i Polacy będą mogli przeznaczyć 0,3 proc. ze swoich podatków na Kościoły i związki wyznaniowe.

Co na to abp Sławoj Leszek Głódź, współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu? „Nie tylko byliśmy zaskoczeni projektem rządu, ale był on w naszym odczuciu dyktatem”. To zadziwiające stwierdzenie, jeśli przypomnimy, że już od kilku miesięcy Episkopat forsuje projekt, aby Polacy mogli odpisać od swoich dochodów 1 proc. na Kościoły. Jak rozumiem, Episkopat swój projekt „1 proc.” uzgadniał z rządem?

3.
Jednak nie to jest najważniejsze. Kluczowe w całej sytuacji jest to, że pierwszy raz w historii III RP, rząd rozmawia z Kościołem przy otwartej kurtynie. Żadnych zakulisowych decyzji, jak choćby wtedy, gdy wprowadzono religię do szkół. Żadnych przetargów, jak choćby wtedy, gdy Kościół nie był przeciwny naszej akcesji do Unii Europejskiej w zamian za nieruszanie przez rząd SLD ustawy antyaborcyjnej itd.

Co więcej, Kościoły mają teraz miesiąc, by zapoznać się z rządową propozycją i przedstawić swoje uwagi. Czyż nie jest to przejrzyste i uczciwe postawienie sprawy? A jednak biskupi są taką procedurą zdziwieni. Dlaczego? Bo proces konsultacyjny jest jawny? Otóż obywatele mieliby prawo być zdziwieni, gdyby te konsultacje nie miały jawnego charakteru

4.
Rząd Donalda Tuska wyświadcza Kościołowi przysługę, za którą biskupi winni być wdzięczni, rozpoczynając proces formułowania jasnego i klarownego systemu finansowania Kościołów w Polsce.

Dziś, szczególnie po kompromitującej działalności Komisji Majątkowej, gdzie instytucje kościelne nie miały moralnych skrupułów, by korzystać z usług choćby byłego esbeka, reputacja Kościoła rzymskokatolickiego jest mocno nadwątlona. Im szybciej Kościół pokaże opinii publicznej, że jego finanse są jawne i przejrzyste, tym lepiej dla jego wiarygodności duszpasterskiej.

Po drugie, projekt rządowy idzie w kierunku zasady, aby to wierni decydowali o tym, na ile chcą finansować swoje Kościoły, mając możliwość odpisania od swych dochodów 0,3 podatku. To pokaże, w jakim stopniu Kościoły w Polsce są związane ze swoimi wiernymi. I na ile wierni poczuwają się do odpowiedzialności za swoje Kościoły i związki wyznaniowe.

5.
I rzecz ostatnia, z którą zwracam się do Czytelników mojego bloga. Zbliżają się święta Wielkanocne. To czas, gdy biskupi mają swoje „5 minut”, gdyż Kościoły pękają w szwach, bowiem zaglądają do nich także ci, którzy zazwyczaj omijają je szerokim łukiem. Jest to więc szansa, by biskupi spróbowali porozmawiać z Polkami i Polakami o sprawach istotnych.

A jednak sądzę, że to będzie czas, gdy hierarchowie przypuszczą atak na rząd za to, że chce zlikwidować Fundusz Kościelny. Że pojawią się analogie, iż Kościół nawet za czasów PRL nie czuł się tak prześladowany, jak prześladowany jest przez rząd dziś.

Czy Wy też macie podobne przeczucie?