Największym problemem rodzimego życia publicznego i intelektualnego jest pełzający konformizm
1.
Lepiej późno, chce się rzec, niż wcale. Tak można skwitować ostatni przypływ szczerości zacnych profesorów na temat kondycji rodzimej edukacji.
Oto profesor Jan Stanek postanowił wyznać, niemal jak na spowiedzi, co myśli o rodzimych uniwersytetach: „Pisze do Was profesor fizyki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, już w wieku przedemerytalnym, nienależący do żadnej partii politycznej, niepełniący żadnej funkcji kierowniczej, niestarający się o żadne stanowisko (…) Czuję się w obowiązku zwierzyć się Wam z bardzo przykrej tajemnicy. Nie jesteście – większość z Was – dobrze wykształceni, a jedynie tak Wam się wydaje. Zostaliście oszukani najpierw przez nauczycieli, a potem przez wykładowców”.
W podobnym duchu sprawę przedstawia profesor Ewa Nawrocka z Uniwersytetu Gdańskiego, która w słynnym już wykładzie mówi wprost: „Wyższe uczelnie udają, że kształcą, studenci udają, że studiują. Czas to zmienić, bo mamy już katastrofę”. A w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” przyznaje, skąd dziś bierze się ten jej przypływ szczerości: „Moja odwaga jest tania, bo mam 70 lat i za trzy miesiące przechodzę na emeryturę. Oderwę się od tego wszystkiego, będę miała więcej czasu dla wnuków”.
Mocne? Jasne!
2.
A jednak – ten przypływ szczerości, to nagłe poczucie odpowiedzialności, ta odwaga narażenia się kolegom po fachu i studentom – to wszystko nie budzi mojego entuzjazmu. Dlaczego?
Po pierwsze, jasno z obu wypowiedzi wynika, że profesorowie zdecydowali się walić „prawdę” między oczy, kiedy już nie mają nic do stracenia, gdy nie starają się o żadne stanowiska, gdyż – krótko – wszystko im jedno, bo ciepła emerytura za pasem. Z rozbrajającą szczerością mówi o tym prof. Nawrocka. Tyle, że to nie jest tania odwaga. Dużo przemawia za tym, że w obu postawach można się dopatrzeć oportunizmu.
Po drugie, i prof. Stanek, i prof. Nawrocka brali przecież odpowiedzialność za kształt nauczania swoich studentów. Nikt nie bronił im wymagać od swoich żaków więcej. Nikt nie stał im na przeszkodzie, by uczyli z pasją. Tyle, że duża część profesorów i wykładowców przez ostatnie 20 lat nie tyle nauczała, co biegała od uczelni do uczelni, by zarabiać kasę.
Innymi słowy: wykładowcy w dużym stopniu patrzyli na stan swojego portfela, a nie na jakość swojego nauczania. Dziś biją na alarm, bo w wyniku niżu demograficznego i reformy szkolnictwa wyższego duża część wykładowców straci swoje liczne etaty. Co ważne, stracą je także dlatego, gdyż zmienia się świadomość młodych ludzi, którzy wiedzą już, że studia niekoniecznie gwarantują pracę. A to sprawia, że młodzi inaczej rozpoczynają drogę swojej kariery zawodowej niż poprzez zdobycie dyplomu.
Po trzecie, profesorowie Stanek i Nawrocka nie są szeregowymi pracownikami uniwersytetów. Mogli wpływać na ich kształt i reformę. Powiedzmy to wprost: nie ma tak złego systemu edukacyjnego, w którym nie można by dobrze i z pasją uczyć studentów. I nie ma tak doskonałego systemu kształcenia, w którym nie można by źle i bez namiętności uczyć żaków.
Po trzecie, uniwersytety nie tylko w Polsce, ale niemal na całym świecie są w kryzysie. Doskonale pokazuje to książka „Wolność, Równość, Uniwersytet”, którą opublikował Instytut Obywatelski. Jest to praca zbiorowa, gdzie badacze z Polski, Niemiec, Włoch, Finlandii, Malty, Francji próbują odpowiedzieć na następujące pytania: Co oznacza autonomia uniwersytetu dzisiaj? Czy możliwa jest jeszcze wolność badań, swoboda wypowiedzi, nieskrępowana zewnętrznymi uwarunkowaniami bezinteresowna myśl?
Dalej: czy coraz większa zależność europejskich uczelni od polityki i finansów gwarantuje jeszcze uniwersytetowi miejsce najważniejszej instytucji ideotwórczej, odczytującej świat oraz wyznaczającej myślenie o nim? To, że łatwych odpowiedzi już nie ma, wie nawet dziecko!
I rzecz ostatnia: tylko ci, którzy liczą na naszą naiwność, mogą nam wmawiać, że amerykańskie uniwersytety, co często w Polsce uchodzi za niepisany dogmat, to ideał akademii, gdzie o nic innego nie idzie, jak tylko o prawdę. Mit ten burzy Lindsay Waters w niewielkiej, acz błyskotliwej książeczce „Zmierzch wiedzy. Przemiany uniwersytetu a rynek publikacji naukowych”. Dowodzi on, że subtelni badacze sonetów Petrarki czy powieści Prousta uczestniczą w takim samym wyścigu szczurów, jak menadżerowie korporacji w boju o fotel prezesa i wyższe gaże.
3.
Co prawda z innej branży, ale w podobnym, posypującym głowę popiołem duchu, bił się w piersi na łamach „Polityki” były już dziennikarz „Gazety Wyborczej” Wojciech Jagielski. Znany reporter, gdy już pożegnał się z redakcją „Gazety”, wyznaje: „Sprzedawaliśmy głupotę na masową skalę i teraz mamy odbiorców wychowanych na tej głupocie”.
Przepraszam, że już drugi raz powołam się na swój tekst, ale już kilka lat temu pisałem: „Wyobraźmy sobie, że do Polski przyjeżdża intelektualista, który nic nie wie o naszym kraju, ale chciałby się szybko czegoś dowiedzieć. ‘Pozwólcie mi przez tydzień oglądać wasze programy publicystyczne i czytać wasze gazety – proponuje – a powiem wam, w jakim kraju mieszkacie’. I jeśli ów intelektualista chciałby być uczciwy, to obawiam się, że po tygodniu musiałby stwierdzić jedno: ‘To nie jest kraj dla myślących ludzi’”. A nie jest, jeśli oceniać go tylko po poziomie naszych mediów.
4.
Trudno oprzeć się wrażeniu, czytając te słuszne skądinąd uwagi zacnych profesorów i znanego reportera o naszej edukacji czy kondycji mediów, że dziś odwaga mocno potaniała. Bo ich głosy pojawiają się w chwili, gdy już nic nie mają do stracenia: jedni, bo idą na emeryturę, inni, gdy zmieniają redakcję. I dlatego ostatnie zdanie musi brzmieć gorzko: największym problemem rodzimego życia publicznego i intelektualnego jest pełzający konformizm.